Zaczynać od końca? Ciekawy pomysł. W sumie – czemu nie? Na taką myśl wpadłem, wracając w poniedziałkowy wieczór z pokazu Joanny Klimas na sezon jesień-zima 2013. Zainspirowała mnie do tego dziewczyna, którą zauważyłem na ulicy. A może nawet nie dziewczyna, tylko kobieta? Niestety nie mogłem się skupić na jej twarzy i wieku, bo zafascynował mnie bez reszty strój tego zjawiska. Postaram się ją zwizualizować. Tajemnicza dama na głowie miała blado-zielony kapelusik z okrągłym rondem i kwiatkiem. Na szyi – różową chustę w drobną niebieską łączkę. Ubrana była w sukienkę, w której odcienie fuksji i fioletu stanowiły tło dla ciemnych kwiatków. Na sukienkę zarzuciła pięknie podkreślający krągły biust, szary sweterek, również w kwiatki, dla odmiany w kolorze spranego różu. Do sweterka przypięty był oczywiście … Kwiatek. Chyba już nie muszę dalej tłumaczyć, czym były ozdobione jej buty i torebka, bo to raczej oczywiste. Patrzę na tę panią wiosnę trochę z ziemi, a trochę z innej planety, buzię mam pewnie nieelegancko rozdziawioną i myślę sobie – „dużo”. Nie. Wbrew pozorom nie oceniałem jej. Może ciężko w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, że jesteśmy teraz w mojej głowie, ale tak właśnie było. Nie oceniałem. To tylko jedno z wielu spostrzeżeń: ładny wieczór, przyjemny wiatr, dużo kwiatków. Później miałem w głowie już tylko to jedno słowo, które niczym natrętny, niemożliwy do zlokalizowania komar, dźwięczało mi nieznośnie między uszami. Dużo, dużo, dużo. A może jednak za dużo? Pamiętajcie – nadal nie oceniam. To tylko spostrzeżenia.
Joanna Klimas Jesień/Zima 2013 czyli opowieść o tym, że moda i bankiet nie zawsze idą w parze.
21 MayPiąty Dzień Tygodnia vol. 27
19 MayW tym tygodniu wiatr wiał nam w oczy jak rzadko. Gorzej, część redakcji wypadła za burtę, prosto w morze egzaminów, prac magisterskich, obowiązków zawodowych. Po drodze, w ramach złośliwości rzeczy martwych, zagubił się jeden bardzo-ważny-pendrive i zepsuła bardzo-ważna-ładowarka. Jednym słowem nie było łatwo. Dlatego w tym tygodniu jesteśmy w lekko okrojonym składzie i cholernie spóźnieni, ale jednak ciągle na fali. Chociaż po piątkowej nocy byliśmy przez moment na dnie… Zanim się jednak zagalopuję, kończę ten mini wstęp i zapraszam do “Piątego Dnia Tygodnia”.
Środy z Poezją Zaangażowaną dla Ubogich Duchem i Ciałem. Odcinek pierwszy “Lansu Błogostany”
15 MayWstyd się przyznać, ale przeżywając wzloty i upadki okresu dojrzewania, ku pokrzepieniu nastoletniego, rozedrganego umysłu pisałem… Wiersze. Tak, wiem, pretensjonalny obciach. Poezja miała dla mnie jednak wartość terapeutyczną. Tematyka była bardzo sztampowa – śmierć, nieszczęśliwa miłość, jakieś brednie o pustce i osamotnieniu, białych kartkach. Nastoletni standard okraszony dużą ilością abstrakcyjnych porównań. Styl? Powiedzmy, że coś pomiędzy Pawlikowską Jasnorzewską, Tuwimem a Leśmianem. Jak wszyscy wiemy trójka ludzi nie może spłodzić dziecka (oczywiście według bożych standardów), więc ten styl też był dość “niemożliwy”. Co ciekawe w wyniku pokrętnych zbiegów okoliczności znalazł się nawet jeden szalony wydawca, który chciał wydać tę pisaninę drukiem (i to nie byle jakim, w grę wchodziła twarda okładka, także wiecie, poważna sprawa). Niestety materiału na tomik było za mało, a pech chciał (z perspektywy czasu to jednak ogromne szczęście), że się wtedy szczęśliwie zadurzyłem i miałem w głowie inne rzeczy niż poezję. Więcej somy, mniej psyche, również w bardzo nastoletnim wydaniu. Potem nastąpił etap zwany “dorosłym życiem” i na wiersze nie miałem ani czasu ani ochoty. Aż do dzisiaj! Uznałem, że skoro poezja miała dla mnie wartość terapeutyczną, to być może warto odkurzyć ten temat? W ten sposób zrodził się pomysł na “Środy z Poezją”! No tak, ale o czym by tu pisać? Śmierć i nieszczęśliwa miłość są wyeksploatowane do cna. Szukam, myślę, dumam… Między drugą a trzecią kawą przyszło olśnienie. Hajlajf. Moda! Gwiazdy! Przecież to takie wdzięczne tematy!
Piąty (szósty) Dzień Tygodnia vol. 26
11 MayWitam po trzytygodniowej przerwie. Niestety, nie było innego wyjścia – Fashion Week z brutalną skutecznością potrafi wyrwać spory kawał czasu z życia. Cztery dni w Łodzi, kilkanaście dni poświęconych projektantom i kolekcjom, tona maili, na które trzeba później odpisać – co pół roku ta sama historia. Na szczęście ten chaos już się uspokoił i mogę znowu wrócić do w miarę regularnego cyklu publikacji, a szczególnie do naszych cotygodniowych podsumowań. Zapraszam do Piątego (szóstego) Dnia Tygodnia!
Tobiasz Kujawa
Zreformowane Reformy
8 May
Dziś zaczniemy od głupiego pytania – zaglądaliście kiedyś do prywatnej, babcinej szuflady? Pewnie nie. A przynajmniej mam taką nadzieję, że nie. Każda seniorka zasługuje na komfort posiadania w swoich szufladach tego co jej się żywnie podoba, nie będąc jednocześnie narażoną na ostracyzm wścibskiej rodziny. Możemy jednak puścić wodze fantazji i pomyśleć, cóż w takich szufladach się znajduje. Być może jest to kilka fiolek rozmaitych leków na wszystkie schorzenia opisane w Encyklopedii Zdrowia? Albo pożółkłe zdjęcie małżonka, który zginął na wojnie. Lub z przepicia… Nie wartościujmy, to tylko hipotezy! Jest też szansa, że między sztuczną szczęką, a testamentem jest ukryta mała flaszeczka koniaku, na ukojenie nerwów, zszarganych przez wnuki, uprawiające bezwstydną wolną miłość (o zgrozo bez ślubu), lub niechodzące do kościoła, bo w niedzielę rano zamiast przeżywać religijne uniesienia przeżywają uniesienia – owszem, ale te, które gwarantuje kac. Wydaje mi się, że w jednej z szuflad kryje się jeszcze jedna rzecz. Nadszarpnięte zębem czasu, lekko zszarzałe, pocerowane, prehistoryczne… Reformy! No właśnie, wiecie co to są reformy?
Blo(ble)gowanie, bażanty i pierwsze rzędy, stylizacje i modne odmęty, czyli garść rozmaitych refleksji, które do niczego nie prowadzą.
1 MayCzasy mamy na tyle specyficzne, że dużo możemy i niewiele musimy. Niezależnie od tego czy nam się to podoba, czy nie – fakty nie kłamią. Oczywiście w pewnych sytuacjach nadal utrzymujemy constans. Kiedyś musieliśmy złożyć daninę królowi, dziś płacimy podatki państwu, dawniej trzeba było się pokłonić przed osobą wyżej urodzoną, dziś kłaniamy się naszemu szefowi. Jest jednak wiele aspektów, który znacząco się zmieniły, a wśród nich jeden szczególny, który dotyczy naszego wyglądu. Tu muszę wspomnieć, że jedną z inspiracji dla tego wpisu stał się link, który wrzuciła na swój profil nieoceniona Modologia. Przypomniała mi ona nagranie z krótkiego wykładu wygłoszonego przez Valerie Steele, która jest znaną kuratorką i specjalistką w dziedzinie historii mody. Valerie naświetliła w nim znaczącą różnicę między tym co było kiedyś, a tym co jest teraz. Proporcje są bardzo nierówne, bo to co „jest teraz” ogranicza się właściwie do ostatnich 5-6 dekad. W ogromnym skrócie można to podsumować stwierdzeniem, że „kiedyś” wszystkie kwestie dotyczące naszego wyglądu były z góry ustalone. Każda osoba na każdym możliwym szczeblu drabiny społecznej poruszała się wewnątrz schematu, kodu ubioru, który pozwalał momentalnie odróżnić ją od innych. Wychodzenie poza ten kod było praktycznie niemożliwe. Osobny schemat funkcjonował dla dam dworu, a osobny dla medyków. Inaczej ubierali się studenci, a inaczej rzemieślnicy. Każdy doskonale wiedział co mu wolno, a wszelkie odstępstwa od przestrzegania tych reguł były karane wykluczeniem ze społeczności i innymi, dużo gorszymi reperkusjami. Z dużym zainteresowaniem wysłuchałem jeszcze raz tego wykładu i okazało się, że jest ostatnim elementem układanki-wpisu, który już od dłuższego czasu chodził mi po głowie.
Fashion Week Poland FW 2013. Designer Avenue, czyli historia Olbrzyma na Glinianych Nogach
26 AprKażdy tekst dotyczący pokazów na Łódzkim Fashion Weeku zaczynam od jakiejś historii. Dziś historii nie będzie. Opowiem wam za to o dźwiękach. Muszę się przyznać, że ostatnio słyszę głosy. Tak, wiem. Wyznanie wariata. Wyobraźcie sobie, że nadstawiam ucho w nieokreślonym kierunku i słyszę nieustannie szemrzący hałas. Cholernie męczący biały szum jak w telewizorze, który zgubił wszystkie kanały. Ludzie, którzy mnie otaczają i którzy generują ten szum również są biali. Niczym kartka papieru w zepsutej kserokopiarce. Każdy ma jednak jakieś „ale”, ale na tym „ale” wszystko się zaczyna i niestety kończy. Te zepsute kserokopiarki krztuszą się swoimi frustracjami, wypluwając puste strony o niczym. Być może to wina braku tonera. Jest też szansa, że zepsuł się cały mechanizm. Nieistotne. Prawda jest taka, że nic z tego nie wynika. Może poza jednym – od tego hałasu boli mnie głowa i nie mogę się skupić. Podejrzewam, że nie tylko ja. Zróbmy sobie przerwę od dywagacji na temat pierwszego rzędu, nieobecności dziennikarzy, stylizacji szafiarek, tego kto i na co zasługuje. Skupmy się na efekcie pracy projektantów. Żeby odciąć się od tego irytującego szumu zakładam słuchawki. I zapraszam was do lektury.
Dodam tylko, że ta publikacja do najmniejszych nie należy. Herbata, wygodny fotel i muzyka w tle nie są wymagane, ale zdecydowanie się przydadzą.
Tobiasz Kujawa





