Antoine Cierplikowski Król Fryzjerów, Fryzjer Królów – Biografia Intymna

16 cze

15ad6d64-c369-4f3c-a26a-f007c7064fb2

Świat doskonale pamięta Fryderyka Chopina, którego dokonania muzyczne do dzisiaj poruszają miliony uszu i serc. Odkrycia Marii Skłodowskiej-Curie zapewniły jej stałe miejsce w ludzkiej pamięci. Mikołaj Kopernik, o którego musimy nieustannie walczyć z Niemcami, wstrzymał słońce, ruszył ziemię i nigdy nie zostanie mu to zapomniane. Ta sama ziemia nosiła wielu znanych i cenionych Polaków. Jednym z nich był Antoine Cierplikowski, wielki Antoine de Paris, którego sława i wpływ na rzeczywistość często jest oceniana, jako istotniejsza od rewolucji wprowadzonej przez Gabrielle Chanel. A był „zaledwie” fryzjerem. I to na dodatek z Sieradza.

Czytaj dalej

Michał Szulc Jesień/Zima 2015 – „Hold the Rivers”

10 cze

Michał Szulc HOLD THE RIVERS foto Marek Makowski (136)

Przez ostatni rok Michał Szulc fundował swojej widowni prawdziwą sinusoidę emocji i wrażeń. Nie zawsze jednak pozytywnych. W jego marce działo się dosłownie wszystko – widocznie był to okres intensywnych eksperymentów i szukania nowych kierunków. Oczywiście najważniejszy jest fakt, że Szulc w końcu wyemancypował się z okowów zewnętrznych organizatorów i zaczął przedstawiać swoje kolekcje własnym sumptem, na warszawskich autorskich pokazach. Pierwsze takie wydarzenie miało miejsce w kwietniu 2014 roku (kolekcja „Fire”, na sezon AW 2014) i należało do bardzo udanych. Kolejny autorski pokaz (kolekcja „The Past”, na sezon SS 2015) niestety nie powtórzył sukcesu poprzednika a nawet przeciwnie – rozczarował i zapisał się w pamięci głównie z powodu fatalnie przeprowadzonej gry niewdzięcznymi fasonami, krępującej infantylności i kolorystyki tak trudnej, że położyłaby na łopatki projektanta ze stażem liczonym w ćwierćwieczach. Jakby tego było mało, Michał Szulc przygotował drugą linię, dramatycznie nudną, choć zadziornie nazwaną „Sold”, utrzymaną w popularnym ostatnio nurcie „basic”. Największym błędem było przedstawienie jej w formie pokazu podczas łódzkiego tygodnia mody (aktualnie skompromitowanego) – skuteczność porównywalna z pigułką nasenną. W międzyczasie Szulc eksperymentował też z ubieraniem gwiazd i blogerek, zaktywizował się w social media, zaproponował fanom konkursy. A co najważniejsze, wrócił do formy. Kolekcja na sezon AW 2015, pod tytułem „Hold The Rivers”, udowadnia, że Szulc jest jak najbardziej daleki, od powiedzenia ostatniego słowa. I całe szczęście, bo to z pewnością jedna z ciekawszych postaci na polskiej scenie mody.

Czytaj dalej

Project Runway Bez Majtek: Statyczna Dynamika

27 maj

bm

Konichiwa Bitches, jak to śpiewała cudowna Robyn. W dziesiątym odcinku wścibska kamera Project Runway zabrała nas w daleką podróż do dynamicznej Japonii. Przez Hiszpanię. Nie pytajcie, po dziś dzień nie rozumiem tej idei. Tematem przewodnim był samochód marki Mazda i nieokreślona dynamika. Zadanie tradycyjnie utonęło w niejasnych wytycznych, które każdy uczestnik zinterpretował tak, jak mu wyobraźnia podpowiedziała. Czyli w większości przypadków źle, a nawet bardzo źle. Nikt w tym programie nie był do końca pewny, co miało być właściwą inspiracją i do czego miała ona zaprowadzić. Już na samym początku odcinka projektanci zostali wysłani wprost do Barcelony. W tym fantastycznym mieście, pełnym galerii, muzeów i zabytków trafili do… Sklepiku z pstrokatymi materiałami, podobno importowanymi z Japonii, choć złośliwi mogliby stwierdzić, że prędzej z Chin przez Japonię.

Sklep Ze Śmiesznymi Rzeczami

Czytaj dalej

Project Runway Bez Majtek: Wydanie podwójne, syzyfowe i bardzo wulgarne

4 maj

bm

Ostatnio mam wrażenie, że wszystko co można było napisać o tym programie, zostało już przeze mnie napisane. Dlatego przez dwa tygodnie biłem się z myślami, czy warto kontynuować ten cykl, szczególnie w jego obecnej formie. Po pierwsze – mam wrażenie, że od dłuższego czasu nieustannie klepię to samo, a ocieranie się o banał i powtarzalność, jest dla mnie destrukcyjne, a nawet zabójcze. Po drugie – jeśli przygotowanie publikacji #PRBM trwa dłużej, niż czas, który uczestnicy mają na wykonanie zadania, a efekty tej pracy są niewspółmierne, to okazuje się, że po półtora sezonu nawet ja mogę stracić cierpliwość do stukania palcami w klawiaturę. Całe to zamieszanie, drama, chamstwo i ignorancja byłyby znośne, gdyby stały za nimi ciekawe i kreatywne ciuchy. Naprawdę, to wystarczy. Niestety, polska edycja nie spełnia tego minimum. Dlaczego? Bo pierwszy sezon skutecznie odstraszył każdego zdolnego projektanta, który sensownie myśli o swoim wizerunku i nie chce być kojarzony z tą marką. Nawet 100 tysięcy złotych nie jest wystarczającym lepikiem, bo owszem, mogą one zapewnić 2-3 lata stabilizacji, ale łatka „Projektant z Project Runway” zostanie na zawsze. Uprzedzam wszystkich lojalnie, że dzisiaj zamierzam się (dosłownie) wyrzygać, a kto myślał, że do tej pory się nie ograniczałem, tego czeka zaskoczenie. Kilka rzeczy leży mi na żołądku, a ponieważ nie lubię się męczyć samotnie, to dziś będę opróżniać trzewia praktycznie na waszych oczach. Nie jest wesoło moi drodzy, oj nie jest. Każdy kolejny odcinek niesie ze sobą rozczarowanie i irytację, sprawiając, że widzowie stają się świadkami farsy, z modą w postaci bohaterki drugoplanowej, którą spora ekipa oprawców obdarzonych syzyfową skutecznością, morduje i gwałci dokładnie co tydzień. Pech Syzyfa sprawia, że jego katorga będzie trwać wieczność. I tu objawia się nieoczekiwany atut Project Runway, który jest całe szczęście formą mocno ograniczoną, posiadającą z góry zaplanowaną ilość odcinków. Kara, która ma swój początek, rozwinięcie i koniec, jest z pewnością bardziej znośna, od tej pozbawionej ram, wyznaczonych przez kalendarz. Przynajmniej możemy wyczekiwać jej końca, który jest pewny. Ileż to będzie powodów do radości! Na przykład koniec słuchania jury pełnego pajaców. Oczywiście sprawa nie przedstawia się tak różowo. Najlepszym przykładem niech będzie zeszłotygodniowa prezentacja La Manii, która przypominała skrzyżowanie prezentacji ramówki TVNu z polską wersją Żon ze Stepford, która w naszym przypadku brzmiałaby „Żony z Konstancina”. Tak, to był #diss. O tym wydarzeniu napiszę niedługo osobny tekst, a dzisiaj dodam tylko, że z mojej perspektywy było arcyzabawne, bo gdzie by się nie postawiło kroku, tam już czekał tabun fotografów (ilość fotoreporterów była porównywalna do ilości gości) i jakieś medialne cudeńko, oczywiście w centrum atencji obiektywów, na przykład Woliński (podobno projektant, chociaż jego media społecznościowe prezentują zupełnie inny kierunek), Tyszka, Rubik, Ossoliński, Jastrzębska, Magdalena Ogórek (sic), a na deser (smakowicie kaloryczny) Gosia Baczyńska. Boże, ta Gosia, cóż to za maestria osobowości i dyskrecji. Wiecie, po co warto chodzić na takie spędy? Wiadomo, że nie dla mody. Raczej dlatego, że można być świadkiem naprawdę zabawnych sytuacji. Na przykład wypowiedzi Gosi Baczyńskiej, która w kameralnym towarzystwie (rzucając mi co jakiś czas przenikliwe spojrzenie) opisywała swoje wrażenia na temat świeżo obejrzanej kolekcji. Nie chcę tu zdradzać tajemnic konwersacji, w której nie brałem nawet udziału (choć uwikłani byli wszyscy w promieniu 10 metrów, a jedynym warunkiem było posiadanie uszu) ale powiedzmy, że jej ton był utrzymany w manierze wymagającej nauczycielki plastyki, która omawia twórczość jednego z uczniów, zauważając nieznaczny progres na przełomie klasy drugiej i trzeciej. Podstawówki. Całe wydarzenie, utrzymane w klimacie aspiracji do kultowego klubu Studio 54, mogłoby się udać, gdyby nie ta koszmarna maniera budowania fałszywej ekskluzywności. Nie wiem kto się na to łapie, być może klientki-statystki, przystrojone w sukienczyny z baskiną, która powinna być odgórnie zakazana. Nie dziwię im się – nakupowały tych „kreacji” nie wiadomo po co, nie mają gdzie tego nosić, więc stroją się w poniedziałkowy wieczór na zwykłą prezentację odzieży, a później funkcjonują jako tło, na wydarzaniu, gdzie kamerzysta, czy inny wirtuoz aparatu fotograficznego, nie ma absolutnie żadnego problemu, żeby zdzielić je po głowie swoim sprzętem, agresywnie przeciskając się w tłumie do kolejnej gwiazdki, o której będą trąbić kolejnego dnia portale plotkarskie. I tak przez dwie urocze godziny, bo przecież dziennikarz czy bloger może czekać dwie godziny na obejrzenie kolekcji, szczególnie na początku tygodnia. Bo kto by tam pracował we wtorkowy poranek. Dodam tylko, że ani zdjęć, ani informacji prasowej na temat tego wydarzenia nie dostałem po dziś dzień. La Manio! Ja się nie chcę z tobą bawić. Nie widzę powodu, żebyś organizowała mi zakrapianą rozrywkę, rodem z dubajskiego jachtu. Wystarczy kilka modelek i ciuchy. Potem ja piszę tekst i widzimy się za pół roku. A alkoholowe spędy radzę połączyć z wyprzedażą wzorów dla wierniejszych klientek. Być może odurzone procentami jeszcze szerzej otworzą swoje portmonetki.  Partycypowanie w tym schizofrenicznym świecie nie jest proste. Z jednej strony otaczają mnie niezliczone aspiracje do luksusu i sławy. Lepiej, na własnym karku czuję macki tego potężnego stwora, bo podczas wydarzenia zostałem zapytany wprost, czy nie chciałbym zostać celebrytą, bo w moim przypadku to „zaklika”. Tak, dokładnie tego teraz potrzebują media – wykolczykowanego blogera z zamiłowaniem do makijażu, który będzie ględzić o wzornictwie, albo o tym, jak marni są nasi najchętniej promowani projektanci. A kogo obchodzi wzornictwo? Opinia albo refleksja? #Triruriru, podpowiadam – mało kogo. Za to anonimów chętnych do napisania „brzydki pedał” jest wielu. I po co to komu? Tylko po to, żeby dostać kontrakt na firmowanie własną twarzą gównianego serka homogenizowanego, prosto od marki, która łże w oczy na temat jakości i funkcjonalności swoich produktów? A to tylko dlatego, że polskie prawodawstwo jest ułomne i pozwala producentom na kłamstwa? Albo jakiegoś trefnego napoju, który nawet nie stał obok piwa? To ma być cel? Funkcjonowanie jako latawica z chemicznym serkiem homogenizowanym w roli alfonsa? Moda ma być trampoliną do takiego świata? Po moim trupie. Zresztą casus Witkowskiego doskonale punktuje słabość tej metody, nastawionej na szybki i łatwy efekt. Szanowanemu i uznanemu pisarzowi, który przez lata budował swoją pozycję, zachciało się zabawy w modę. Skończył jako propagator nazizmu, odsądzony gremialnie od czci i wiary, z bonusem w postaci atencji prokuratury. O wytykaniu doświadczeń, na podstawie których budował swoją prozę nie wspomnę, bo to zakrawa na kosmiczną hipokryzję. Paradne, w kraju w którym z łatwością można znaleźć swastyki wymalowane na osiedlowych murach, teraz będziemy osądzać blogera, któremu bliżej do Cirque du Soleil niż Waffen-SS. Jak Boga kocham, żyję w kraju dla idiotów. I to nawet nie wesołych idiotów, ale smutnych, szarych i generujących permanentną depresję. Rok w rok moje rodzinne miasto, w imię radosnej rocznicy Niepodległości, jest rozpierdalane na kawałki przez bandę oszołomów, a podstawą dla debaty społecznej staje się nagle wypacykowany bloger! No ale przepraszam, skoro kolejne radosne święto, tym razem 3 maja nie jest świętem Polaków, ale smutnych panów z armii i polityki, to o czym ja w ogóle piszę? USA wywołuje we mnie skrajne emocje, ale prawda jest taka, że Amerykanie potrafią fantastycznie celebrować i jednocześnie monetyzować swoją patriotyczną radość. My jesteśmy perfekcyjni w umartwianiu się. Ale w międzyczasie mieliśmy również kupę śmiechu z tą cudaczną Michaśką, prawda? A do tego złoty telefon od HTC i regularne wizyty w bunkrze znanym jako Vitkac. Ile marek pluje sobie teraz w brody, że skuszone wesołą nowością, powiązały swój wizerunek z tworem, na który Polska nie była i długo nie będzie gotowa? Polaczki, w imię tej nieustannej krzywdy, którą musimy tak mocno przeżywać przez nieskończoną ilość pokoleń, radzę wziąć na radar sezon Spring-Summer. W nim też może się czaić, używając wdzięcznej kalki językowej, jakaś ukryta agenda.

I taki jest właśnie ten nasz haj-lajf. Rozsądni uciekają z kraju, bo wiedzą, że moda w Polsce nie rozwija się odgórnie, a wręcz przeciwnie. Moda powstaje oddolnie, a jej jedyny problem, to brak realnego rynku, a nie talentu. To młodzi projektanci wprowadzają trendy i nowe kierunki, a dinozaury odtwarzają je kilka sezonów później. Poza wyżej wspomnianą Gosią Baczyńską, Mariuszem Przybylskim i Anią Kuczyńską, którzy stanowią crème de la crème w dziedzinie polskich kolekcji wybiegowych. Szczególnie Baczyńska, tworząca modę, której nie uniesie żaden polski czerwony dywan i żadna polska „gwiazda”. To młodzi jeżdżą po świecie, promując polską modę (a nie Ewa Minge, czy Robert Kupisz), często ciułając złotówki na bilet lotniczy, w tym samym czasie, kiedy Anja Rubik, zaklinająca się uprzednio, że polska branża „fashion” jest zbyt mało ekskluzywna, więc topmodelka jej sortu nie będzie tracić czasu na chodzenie w polskich pokazach, występuje później w kampanii producenta plastikowych akcesoriów. Utalentowani twórcy rozwijają się na zagranicznych uczelniach, stażują w pracowniach prestiżowych projektantów i pewnie mądrze zrobią, jeśli nie zamierzają tu wracać. A w międzyczasie TVN snuje swoją fałszywą i destrukcyjną wizję, w której projektowanie ubioru musi posiadać sensacyjny wątek i koszmarny efekt. Gdybyśmy mieli jeszcze w tym wszystkim jakiś wybór. Ale nie – jest tylko jeden program telewizyjny, który jakkolwiek bierze na tapetę wizerunek i pracę projektanta mody. I ktoś się dziwi, że przeciętny Kowalski (nawet jeśli go stać) nie jest zainteresowany autorskim produktem? Ja nie, bo patrząc na te wykwity, sam tracę zainteresowanie. Powiedzcie sami – jeśli program nie szanuje widza i tematu, to jak widz ma szanować osoby, które w tym programie biorą udział? Lepiej – jak się później odnaleźć w tej samej przestrzeni? Na przykład goszcząc u takiej Joanny Przetakiewicz? Czytelnikowi to się wydaje banalnie proste – ot, bloger napisze kilka mocniejszych słów, postawi tę wyczekiwaną kawę na ławę i jest ekstra! #GoTobiasz, kiedy kolejny tekst? Tylko Żabki zapominają, że one kończą temat na przeczytaniu ostatniego akapitu, a w przypadku blogera ten temat trwa dalej i dalej i dalej… A później jest psychoza.

Czytaj dalej

Project Runway Bez Majtek: Horrendalna Kreatura

16 kwi

bm

Jednym z największych nadużyć, jakie można znaleźć w modzie, jest operowanie terminem Haute Couture. Dosłownie każdy i bez żadnych konsekwencji może nim sobie wytrzeć gębę. Kiedy chce i jak chce. Wszystko jest Haute Couture – od kafelków, przez potrawy, aż po bezbarwne szmaty od projektantów z niejasnymi intencjami. Powód jest oczywisty, wysokie krawiectwo, jak żadna inna kategoria mody, posiada niezwykłą historię i wyjątkowo wyrazistą tożsamość. Jest synonimem najbardziej ekskluzywnej oferty, jaką można sobie wyobrazić. We Francji, w której narodziny tego nurtu były podyktowane wspieraniem lokalnego przemysłu tekstylnego, istnieje multum warunków i obostrzeń, które trzeba spełnić, żeby móc tytułować swoje kolekcje słowami Haute Couture. Liczy się dosłownie wszystko – od zachowania ciągłości prezentacji kolekcji w sezonach Jesień/Zima i Wiosna/Lato (co najmniej 15 sylwetek przedstawionych publiczności), przez francuskie pochodzenie materiałów i ich konkretną ilość w kolekcji, absolutnie ręczne wykonanie kreacji od samych podstaw, minimalną liczbę pracowników zatrudnionych na stałe (20), aż po ilość warsztatów i pracowni (umiejscowionych oczywiście w Paryżu). Obecnie przymruża się oko na niektóre aspekty, szczególnie te, dotyczące surowców, ale jedno jest pewne – uzyskanie tego tytułu, o którego interesy dba organizacja Chambre Syndicale de la Haute Couture, nie jest proste i stanowi ono prawdziwe wyróżnienie, a nawet nobilitację dla projektanta, który od tej pory jest uznawany za twórcę mody prawdziwie luksusowej. Nie wspominając o tym, że dla marki, to bardzo droga impreza. Koszty wykonania takiej kolekcji, surowców i robocizny, a do tego organizacji pokazu, są nieporównywalne do kolekcji Prêt-à-Porter.  Haute Couture to przede wszystkim krawiectwo miarowe. Podczas pokazów prezentowane są konkretne stroje, które klientki zamawiają później pod swój rozmiar. Kwestia finansów jest tu jednym z najbardziej tajemniczych aspektów. Cen kreacji Haute Couture nie znajdziecie ot tak, w Internecie. Więcej – nawet ogromna ilość pieniędzy nie zagwarantuje wam możliwości kupienia takiej kreacji. Nie wiadomo też do końca ile sztuk konkretnych sylwetek tak naprawdę powstaje. Haute Couture to zamknięty świat arabskich księżniczek, potentatów naftowych, obłędnie zamożnych kolekcjonerek z USA i Azji, kobiet, które traktują modę na pograniczu sztuki i mogą w nią inwestować każdą możliwą sumę. Większość z nich pozostaje anonimowa. Dla nich moda, w przeciwieństwie do gwiazd i celebrytów, nie jest narzędziem do autopromocji. Ktoś, kogo stać na taką modę nie musi się promować. To właśnie fantazja i magia napędzają to zjawisko. Wrażenie niedostępności, mody, która dla zwykłego śmiertelnika jest równie abstrakcyjna, co podróż na księżyc. Jeśli interesuje was to zjawisko, to polecam książkę „Królowie Mody”, autorstwa Rudolfa Kinzela, która doskonale wyczerpuje ten temat. Nie jest łatwa do zdobycia, z tego co wiem nie pojawiły się jej wznowienia, ale przy odrobinie uporu można ją znaleźć na aukcjach i w antykwariatach. Wydaje mi się, że pojęcie Haute Couture najlepiej przedstawi krótki film, prezentujący kulisy powstania sukni domu mody Dior. Ilość pracy, którą wkłada się w te kreacje jest wręcz nierealna. To nie są ani godziny, ani dni, ale tygodnie, a nierzadko i całe miesiące, poświęcone na mozolne farbowanie, wyszywanie, ozdabianie i szukanie absolutnej perfekcji w konstrukcji i kroju. Prawdziwa krawiecka maestria.

 

Nic dziwnego, że to zjawisko musiało się prędzej czy później przedostać do głównego nurtu. Ludzi fascynuje luksus. Niesieni aspiracjami chcą choć przez chwilę dotknąć tego nierealnego i niedostępnego świata. Dlatego to pojęcie jest często przeinaczane i pauperyzowane. Tak naprawdę Haute Couture to Paryż i nic więcej. Owszem, na świecie pojawiają się różne odpowiedniki, na przykład we Włoszech, gdzie lansuje się obecnie kategorię „Alta Moda” i w Chinach, które stanowią aktualnie ogromne zaplecze luksusowego konsumpcjonizmu, gdzie lokalni twórcy, choćby Zhang Jingjing, starają się wdrażać zasady wysokiego krawiectwa do swoich spektakularnych kolekcji. Prawda jest jednak taka, że prawdziwie Haute Couture powstaje tylko i wyłącznie we Francji, w której istnieje nawet szkoła skierowana tylko i wyłącznie na tę kategorię – Ecole de la Chambre Syndicale de la Couture Parisienne. Jakiekolwiek zestawienie tych słów w innym kontekście nie ma racji bytu i jest zwyczajnym nadużyciem, a nawet kłamstwem. Wątek Haute Couture przewija się w rozmaitych miejscach. Dobrym przykładem może być film fabularny Jedwabna Opowieść z 2004 roku, w którym został przedstawiony proces powstawania niezwykle kunsztownych haftowanych tkanin dla Christiana Lacroix, którego modę osobiście uwielbiam. Bardzo przyjemne kino, które szczerze polecam. To również doskonały przykład na to, jak ważne jest Haute Couture w kultywowaniu ekskluzywnego rzemiosła, które funkcjonuje na pograniczu sztuki użytkowej. W Internecie krąży też ciekawy dokument „The Secret World of Haute Couture”, zrealizowany przez stację BBC. Znajdziecie go nawet na Youtube, a jest o tyle ciekawy, ze zgłębia postać klientek, a nie samych twórców. Niezwykła perspektywa.

Tak naprawdę Haute Couture nie ma nic wspólnego z klasyką. Liczy się w nim progres, również estetyczny, a nawet eksperyment z materią. Od dekady trwa zresztą debata na ten temat – jakie miejsce we współczesnym świecie ma tak zbytkowna moda, i czy możliwy jest jej dalszy rozwój? Okazuje się, że tak, bo funkcjonują w niej tacy twórcy, jak na przykład niezwykle awangardowy duet Viktor & Rolf, którzy potrafią przygotować cały sezon z… Czerwonej wykładziny. Tak, dokładnie z czerwonej wykładziny, po której w tradycyjnych warunkach modelki prędzej by chodziły, a nie ją nosiły. Zaręczam, że świat Haute Couture potrafi wciągnąć bez reszty, dlatego wszystkich zachęcam do własnych poszukiwań. Zauważycie wtedy, że ta kategoria ma zdecydowanie inny kontekst, niż mogłoby się zdawać. To nie tylko umiłowanie rzemiosła, ale również poszukiwania nowatorskich i awangardowych rozwiązań. Jak już się pewnie domyślacie, TVN w ostatnim odcinku postanowił sprofanować Haute Couture i zapędził uczestników Project Runway do kolejnej nierównej walki, która od początku była skazana na porażkę.

Czytaj dalej

Project Runway Bez Majtek: Modny Uniform

9 kwi

bm

Zacznijmy dziś od konkretu. Zaglądam na stronę Encyklopedii PWN i czytam definicję słowa „uniform”: „przepisowy ubiór członków jakiejś organizacji społecznej, formacji wojskowej lub grupy zawodowej”. Krótko i na temat. Ujednolicenie formy i kolorystyki ubioru sprawia, że osoba która go nosi, staje się momentalnie rozpoznawalna. Nie jako jednostka czy osobowość, ale jako przedstawiciel określonej grupy, która funkcjonuje według konkretnych zasad i reguł. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale „uniform” jest tak naprawdę bardzo mocno zakorzeniony w historii mody. Niegdyś każdy stan, każda grupa społeczna i zawodowa miała swoje określone kody ubioru, które pomagały im umiejscowić się na drabinie hierarchii. Wiązało się to z wieloma regulacjami, które wskazywały, jakie materiały, kolory i fasony mogą nosić konkretni ludzie. Nie było w tym żadnej demokracji czy swobody. Tak po prostu budowano ład i porządek w społeczeństwie. Każdy musiał znać swoje miejsce. Od więźnia, kurtyzany, żebraka, przez aptekarzy, medyków i kapłanów, aż po wojskowych. Swoją drogą uważam, że mundury i szaty liturgiczne są jednymi z najbardziej wyrafinowanych form uniformu. Wymyślono setki niuansów, które pozwalają wojskowym i kapłanom odróżnić się od siebie. Dlatego też te stroje tak bardzo inspirują projektantów mody. Kojarzą się z siłą i porządkiem, który moda tak bardzo lubi przecież burzyć. XX wiek wywrócił życie ludzi do góry nogami. Poznano słodki smak swobody ubioru, a uniform zaczął się kojarzyć negatywnie. Doskonałym przykładem może być Japonia, w której uniformizacja osiągnęła nie tylko niezwykle rozwiniętą formę, ale również została utożsamiona z opresją indywidualizmu. Młodzież, która całe dnie spędzała w szkolnych mundurkach, zaczęła szukać metody na zamanifestowanie swojego światopoglądu, stylu czy kreatywności. Efekt przekroczył najśmielsze oczekiwania, a japoński weekendowy streetstyle z Harajuku stał się zjawiskiem o globalnym zasięgu i niebagatelnym wpływie na modę i kulturę. To zresztą bardzo ciekawe zjawisko, bo Japończycy reinterpretując europejską modę, stworzyli z niej swoją własną, nową i niemal karykaturalną jakość. Kto widział nawiązujące do wiktoriańskiego stylu lolity, ten wie o czym piszę. O! I to jest kolejna bardzo ciekawa sprawa – seksualność uniformu. Zauważcie, że bardzo wiele tych strojów zyskało potencjał fetyszu. Stroje wyuzdanych pielęgniarek leczących seksem, drapieżnych policjantek przykuwających gachów do łóżek, perwersyjnych zakonnic, które modlą się o orgazm i pokojówek, które „przyszły zrobić porządek”, zalegają na półkach wyspecjalizowanych sklepów z erotycznymi i pornograficznymi gadżetami. To zjawisko bardzo łatwo wytłumaczyć – opresja i seks leżą bardzo blisko siebie. Zniewolenie bywa niezwykle podniecające, a uniform ma w sobie tę zniewalającą moc. Pozwala ukryć swój charakter, osobowość, preferencje i sprawia, że najważniejsze jest to co robimy, a nie to, kim jesteśmy. A zdjęcie uniformu staje się wyzwoleniem. Powrotem do prywatnego życia. No i powiedzcie, czy to nie fascynujący temat? Zresztą, nawet boska i nieodżałowana Anna Piaggi (włoska dziennikarka i prawdziwa ikona mody) miała w swojej fenomenalnej garderobie kamizelkę wyjętą z uniformu pracownika McDonald’s, a cesarz świata mody – Karl Lagerfeld pojawił się w 2008 roku w odblaskowej kamizelce bezpieczeństwa, pozwalającej zachować widoczność na drodze. Ja również mam w szafie policyjną kurtkę, którą uwielbiam. Uniform bywa niezwykle inspirujący i to właśnie z jego tematem musieli się zmierzyć uczestnicy Project Runway, w szóstym odcinku drugiej serii. Jak im poszło? Razem z platformą SHOWROOM.pl zapraszam do lektury.

Czytaj dalej

Project Runway Bez Majtek: Manewry na Ściance

7 kwi

bm

Jej życie jest krótsze niż laboratoryjna przygoda muszki owocówki. Tak, to sukienka na czerwony dywan i ściankę sponsorską – kreacja jednorazowa. Ten modowy eksperyment sprawdza się tylko w górnych i dolnych rejestrach, bo prasa i publiczność są zainteresowane wyłącznie dwoma kierunkami: spektakularny sukces lub jeszcze bardziej spektakularna porażka. Średniacy najczęściej się nie liczą. Mogłoby się wydawać, że „poprawna” stylizacja jest bardzo pożądana. I tak i nie. Bo jaki jest sens strojenia się, jeśli nikt go nie doceni? Ale z drugiej strony, czasami lepiej być niezauważonym, niż skrytykowanym. Bardzo często spotykam się z zarzutem, że nie powinno się oceniać stylizacji gwiazd, bo „ubiór” to prywatna sprawa. Zawsze powtarzam, że to bzdura, bo ścianka i czerwony dywan to nic innego, jak przyzwolenie: „oceń mnie”. Showbiznes można porównać do gry. W każdej grze obowiązują pewne reguły. Zastępy naszych uprzywilejowanych, ogrzanych blaskiem popularności i kontraktów gwiazd, mają swoją cenę. A właściwie (o)cenę. Fakt, życie bywa przykre, a słowa krytyków i publiczności… No cóż, potrafią być okrutne. Po co więc pchać się na świecznik? Dlaczego warto brać udział w tych czerwonodywanowych potyczkach? Odpowiedź jest prosta – publicity, czyli rozpoznawalność. Rozgłos! Tak się wycenia promocyjną wartość gwiazdy. Każda publikacja, każda wzmianka, każdy komentarz w mediach jest na wagę złota. Albo na wagę złotówek, bo w końcu taką mamy walutę. A odpowiednia sukienka na odpowiednim dywanie i odpowiedniej osobie, potrafi zapisać się, dosłownie, w historii świata – Lady Gaga w sukni z mięsa, Anjelica Huston w koronkach, Cher w słynnym pióropuszu i orientalnej kreacji zaprojektowanej przez Boba Mackie, Madonna w połyskującej sukni i futrze w klimacie starego Hollywod, Björk w łabędziej kiecce, Grace Kelly w lodowato błękitnej kreacji od Edith Head… Można tak wymieniać długo i namiętnie. Zresztą, ten temat już poruszałem przy okazji poprzedniego sezonu, na przykładzie Elizabeth Hurley. Nie wnikając w kreatywność polskiej produkcji przy wymyślaniu nowych zadań, chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, że w ostatnim odcinku polskiej edycji Project Runway nasi bohaterowie mieli za zadanie zmierzyć się z tematem sukni na czerwony dywan. Tyle w ramach wstępu – razem z platformą SHOWROOM.pl zapraszam do lektury!

Czytaj dalej

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 2 911 obserwujących.

%d bloggers like this: