Robert Kupisz czyli recenzja nie pierwszej świeżości.

6 Gru

Do tej recenzji zabierałem się jak przysłowiowy pies do jeszcze bardziej przysłowiowego jeża. Od pokazu minął już ponad tydzień. Kto miał (albo chciał) się wypowiedzieć na ten temat pewnie już to zrobił. Tak przynajmniej podejrzewam. Mam taką zasadę, że dopóki sam sobie wszystkiego nie poukładam w głowie, przeanalizuję i przetrawię staram się nie czytać, nie rozmawiać i nie wypowiadać. Tak się złożyło, że przez ostatni tydzień zapinaliśmy na ostatnie guziki zimowy numer Fashion i ilość pracy nie pozwoliła mi zrealizować procesów psychiczno-fizjologicznych, o których wspominałem powyżej. Potem pojechałem do Wrocławia na weekend, ale tam warunki wybitnie nie sprzyjały jakiejkolwiek analizie. W końcu (!) niedzielnym wieczorem, lekko upojony grzanym winem u moich przyjaciółek (!!), wróciłem do domu i wprowadziłem w życie owe niezbędne procesy. I powstała koncepcja. Tyle o mnie. Teraz będzie o Kupiszu.

Od ostatniego pokazu Roberta minęło ponad pół roku. Pamiętam, że jego debiutancka kolekcja wzbudziła ogromne zainteresowanie. Później zebrała pozytywne recenzje. Zarówno ubrania (nonszalanckie, na luzie, bezpretensjonalne) jak i forma pokazu (nonszalancka, na luzie i bezpretensjonalna) idealnie sprawdziły się w lekko skostniałych realiach polskiej mody. Pokaz w Soho Factory był miłym, kameralnym wydarzeniem. Mało gwiazd, dużo dziennikarzy, stylistów i reszty tak zwanej „branży”. Było prosto, łatwo i przyjemnie. Robert stał się swoistym symbolem. Chodzącym i oddychającym dowodem na to, że warto próbować nowych rzeczy. Że niezależnie od wieku można rozwijać i realizować nowe pasje. I najważniejsze – że można osiągać w nich sukces. Ciężko jest jednak ocenić projektanta po pierwszej kolekcji. Dlatego z niecierpliwością czekałem na kolejny pokaz, który zweryfikuje, jakim projektantem jest Robert Kupisz.

Więc oto jestem. Prawie 10 miesięcy później w tym samym miejscu. No może nie do końca w tym samym, bo w hali obok. Od pierwszej chwili staje się oczywiste, że ten pokaz jest przedsięwzięciem na dużo większą skalę. Szeroki wybieg obiecuje coś więcej niż zwykły pokaz. To już postanowione – będzie show. Wielka ścianka sponsorska, tłum fotoreporterów, plejada osobowości znanych z pudelka i nie tylko. Wszystkiego jest więcej. Mocniej i intensywniej. Pokaz zaczyna się z godzinnym poślizgiem. Postanowiłem, że dla świętego spokoju moich nerwów rozdzielę tego typu wydarzenia na dwie osobne kategorie. Pierwsza to tradycyjne pokazy mody (które niestety odchodzą w zapomnienie) czyli przychodzimy, oglądamy ubrania po czym idziemy do domu. Drugie zjawisko to modowe show. Ponieważ pokaz Kupisza kwalifikuję do drugiej kategorii nie będę tłumaczyć jej założeń, tylko opiszę ją na tym konkretnym przykładzie. Na modowe show przychodzimy się pokazać, pouśmiechać i pogadać w dobrze widocznym miejscu, dlatego opóźnienie przestaje nas obchodzić. Im dłużej czekamy, tym więcej zdjęć sobie zrobimy w miłym towarzystwie. Na modowym show niepotrzebna jest też dobra widoczność, bo właściwie nikt nie jest zainteresowany ubraniami, a jeżeli już się taka nieszczęśliwa dusza przypałęta, to nie jest na tyle ważna, żeby się nią przejmować. Na modowym show bardzo ważne jest, żeby siedzieć w pierwszym rzędzie i przez cały pokaz patrzeć bezmyślnie przed siebie ewentualnie chichotać w doborowym towarzystwie. Modowe show musi być urozmaicone. Na przykład Anną Marią Jopek, która będzie tworzyć artystyczne tło wokalne. Swoją drogą, jako dziennikarz musiałem podpisać lojalkę, że Pani Jopek nie będę robić zdjęć. Po co miałbym robić zdjęcia Pani Jopek nie wiem do dzisiaj. Nieważne. W końcu gasną światła i zaczyna się pokaz. Przyznaję, że zaczął się bardzo efektownie. Czarne sylwetki za białym ekranem okazały się zastępem harcerzyków. Kolekcja, którą oglądamy nazywa się „Heroes”. Inspiracja? Powstanie warszawskie. Jaki efekt? Uporządkuję spostrzeżenia w punktach, a potem się do nich ustosunkuję.

  1. Kolorystyka – Jesienno-zimowa. Czernie, biele, szarości, brązy, sprane błękity i odcienie oliwkowej zieleni. Głównie gładkie plamy kolorystyczne, czasami urozmaicone ręcznie farbowanymi dzianinami, printami i przetarciami.
  2. Fasony – Przeważały luźne sylwetki. Trochę oversize, podwyższone stany w spodniach, białe koszule. Dużo typowo zimowych elementów takich jak ciepłe wełniane płaszcze i kożuchy. Nie ma tu reguły, bo ilość modeli była porażająca (do tego jeszcze wrócę). Dużo unisexu. Przynajmniej w mojej interpretacji.
  3. Fryzury i makeup (Rouge Bunny Rouge) – bardzo skromne, dostosowane do konwencji. Warkoczyki, przyczesane włosy z przedziałkiem.
  4. Dodatki – Wstążki we włosach. Berety na głowach. Plecaki jak na biwak. Żałobne opaski na ramionach. A do tego orzełek. Nasze godło. Na kurtkach, wykończeniach, t-shirtach. Patriotycznie, bo z głową zwróconą w dobrą stronę.
  5. Choreografia – Urozmaicona. Pojedynczo, podwójnie, a czasami w szyku pocztu honorowego.
  6. Detale – Duże kołnierze, metalowe suwaki i podkolanówki.
  7. Cała reszta – Z ręką na sercu przyznaję, że nie zwróciłem większej uwagi na wizualizacje, a muzyka z racji mojego gustu bardziej przepływała mi przez uszy niż skupiała jakąkolwiek uwagę.

No to mam szczęśliwą (?) siódemkę. I bardzo ciężki orzech do zgryzienia. Każdy z tych punktów obroni się, jeżeli wyodrębnię go z kontekstu pokazu. Kiedy myślę o połowie, to zapala mi się ostrzegawcza lampka – dzieje się coś niedobrego. Po zsumowaniu wszystkich czynników jedyne, co przychodzi mi do głowy to określenie „za dużo”. Zamiast pokazu mody obejrzałem show. Bohaterami wydarzenia, paradoksalnie, nie były ubrania, ale Robert Kupisz i jego goście. Wszystko stało się patetyczne, przesadzone, wręcz nie do zniesienia. Temat Powstania Warszawskiego to ciekawe źródło inspiracji, nie przeczę. Ale na pokazie oglądałem nie tyle ubrania, co próbę zrealizowania kostiumów do inscenizacji tego fragmentu historii Polski. I to naprawdę dużej inscenizacji, bo ciężko zliczyć fasony, które przedstawił Robert Kupisz. Nie widzę nic zdrożnego w wykorzystywaniu motywu godła. Ale tylko w przypadku, kiedy jest to zrobione z umiarem. Paleta kolorystyczna zbudowana na szarościach, czerniach i brudnych barwach jest bezpieczna, ale i nudna. Prawda jest taka, że umiejętność łączenia kolorów wymaga wiedzy i doświadczenia. A ciągłe męczenie szarego jest tylko i wyłącznie pójściem na łatwiznę. To samo tyczy się fasonów oversize. I to jest największy problem, z którym męczyłem się przez ten czas. Jeżeli miałbym patrzeć przez pryzmat mojego gustu i sięgnąć do meritum tego wydarzenia, czyli ubrań, musiałbym powiedzieć – super! Sam chętnie dopełnię (z trudem, ale zawsze) moją szafę ubraniami od Kupisza. Jeżeli mam się wzbić na obiektywizm to nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić, że kolekcja Heroes jest wtórna, nudna i bardzo przeciętna.

Stwierdziłem wcześniej, że pokaz, który widziałem, nie był pokazem. Analogicznie mogę zapytać, czy Robert Kupisz jest projektantem. A jeżeli nie projektantem, to kim?

PS. Odświeżam pokazy z ostatnich tygodni mody i przyglądam się wyjściom kilku moich ulubionych projektantów.

Sarah Burton – jak zawsze skromna, wyszła na kilka sekund.

Elie Saab – 8 sekund i tyle go było widać.

Jean Paul Gaultier – szybka rundka po wybiegu.

Stella McCartney – wbiegła i wybiegła.

Anna Molinari – ukłon, parę buziaków wysłanych w przestrzeń i na backstage.

Nicolas Ghesquière – skromny geniusz wytrzymał 5 sekund.

Robert Kupisz – bez komentarza.

Aha, śpieszę wytłumaczyć, że nie mam nic przeciwko udramatyzowanym pokazom z rozbudowanym scenariuszem i dodawaniem rozmaitych „smaczków”. Przykład z tego sezonu – wspaniała  koncepcja pokazu Jean Paul Gaultier z konferansjerką w starym stylu (w wersji modern oczywiście) i delikatną grą konwencją. Zmanierowane pokazy Johna Galliano dla Diora, które mogę oglądać bez końca. Stare pokazy McQueena. Warunek jest tylko jeden – najpierw moda, potem prezentacja. Jeżeli moda się nie obroni to wyszukana prezentacja może ją tylko i wyłącznie pogrążyć sprowadzając całość do poziomu groteski.

Bartosz Tobiasz Kujawa

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: