Archive | Luty, 2012

Mc Brunch: kulinarnie, podróżniczo i sentymentalnie o najnowszej kolekcji Małgorzaty Czudak

23 Lu

Kilka dni temu dostałem zaproszenie na pokaz Małgorzaty Czudak. Zaproszenie dość nietypowe, bo w kształcie tacki na frytki wykonanej z białego kartonu i opakowanej w przezroczystą folię. Może zabrzmi to absurdalnie, ale jest to przedmiot, który niezależnie od okoliczności przypomina mi pewien bardzo dziwny wyjazd do Łeby. Podejrzewam, że wymyślając zaproszenie projektantka nie zdawała sobie sprawy, jaką lawinę skojarzeń może ono wywołać. Wycieczka do Łeby miała miejsce kilka lat temu i stała się katalizatorem wielu mniej lub bardziej zabawnych sytuacji. Jedna z nich została sztandarową anegdotą mojej przyjaciółki. Wykorzystuje ją, kiedy chce mi wsadzić szpilkę lub przedstawić mój skrócony portret psychologiczny. Historia dotyczy naszych poszukiwań wymarzonej smażonej ryby. Tak się złożyło, że oboje lubimy ociekającą tłuszczem rybkę w wesołej kompanii frytek (jak by to napisała Magda Gessler) i flagowych surówek kapuściano-marchewkowych. Taka ryba smakuje oczywiście najlepiej w nadbałtyckich, słoneczno-piaszczystych okolicznościach. Szukając tego perfekcyjnego smaku trafiliśmy do jednej z wielu knajp na plaży. Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że ciężko to miejsce nazwać knajpą. Była to najzwyczajniejsza w świecie buda z unoszącymi się w powietrzu oparami oleju, małym tarasem, paroma stolikami, elegancką plastikową palmą i sporym tłumem klientów. Myśląc obsesyjnie o tej rybie wkraczamy na taras… I wtedy nadszedł ten żenujący moment, zamiast wejść i poszukać wolnego stolika dorwałem wzrokiem bogu ducha winną kobietę z plastikowym workiem na śmieci pod pachą i w plastikowym czepku na głowie, zmiatającą zamaszystym gestem resztki posiłków (i kartonowe tacki!!) i zapytałem: “czy możemy prosić stolik dla dwóch osób, a jeżeli w tym momencie nie mają państwo nic wolnego to czy jest szansa, że jakiś stolik się zwolni w najbliższym czasie?”. Pełen niedowierzania wzrok owej kelnerki, trzymającej w ręku kartonową tackę upaćkaną ketchupem, dopełnił spojrzenie mojej przyjaciółki, która miała wymalowaną na twarzy mieszankę rozbawienia i zażenowania. Podejrzewam, że pani ze smażalni ryb uraczyła później tą historią swoich znajomych, a ja stałem się obiektem niewybrednych nadbałtyckich żartów. No cóż – człowiek może wyjść z miasta ale miasto z człowieka – już nie. Każdy ma swoje chwile słabości i od czasu do czasu można sobie pozwolić na odrobinę autoironii. Co się jeszcze działo w tej Łebie i jakie konsekwencje życiowe miał ten wyjazd pomińmy dziś milczeniem. Poziom samoupokorzenia został osiągnięty.

Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: