Fashion Week – vol. I – OFF’owo i na 100%.

24 Kwi

Jest poniedziałek, godzina 21. Właśnie wypakowałem walizkę, z którą na dzień przed wyjazdem do Łodzi stoczyłem kilka dość poważnych starć. Okazało się, że owa walizka bezczelnie postanowiła mieć ograniczone miejsce. Była to podłość z jej strony, bo mam dość spory problem z decyzyjnością. Jedni mają ataki paniki przed wizytą u dentysty, a inni – przed pakowaniem się. Ja należę do tej drugiej kategorii. Po czwartym podejściu, dwóch drinkach i rozpaczliwym telefonie do przyjaciółki, niewdzięczny przedmiot martwy pękał w szwach i wyglądał, jakby miał za sekundę wybuchnąć. W szale dopychania kolejnych ubrań straciłem rozeznanie, co właściwie jest w środku nie wspominając o tym, że musiałem użyć obcęgów, żeby dopiąć suwak. Z tą tykającą, tekstylną bombą i głową pełną bardzo mieszanych myśli pojechałem w czwartek rano do Łodzi. Nadal nie byłem pewien, czy na pewno spakowałem skarpetki, po co zabrałem żelazko i czy w hotelu będą mieć kombinerki, których oczywiście zapomniałem. No i oczywiście czy wybór lektury do pociągu był na pewno trafiony. Chciałem zaszpanować i wziąć „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, ale stwierdziłem, że i tak nikt przy zdrowych zmysłach w to nie uwierzy, więc wybór padł na Muminki…

Czemu pojechałem już w czwartek, a nie jak większość szanujących się dziennikarzy – dopiero w piątek (albo i sobotę)? Powód jest prosty – zawsze zakładam, że zobaczę wszystkie pokazy. A pokazy w strefie OFF Out Of Schedule zaczynają się właśnie w czwartek. Proste. Ponieważ nie sposób opisać czterech dni w jednej relacji, postanowiłem podzielić ją na dwie (a może i trzy) części. Dziś skoncentruję się właśnie na pokazach offowych i luźnych refleksjach treści rozmaitej. Kolejna relacja będzie o pokazach na Designer Avenue i organizacji całego przedsięwzięcia. Na trzecią, czysto hipotetyczną mam aż za dużo pomysłów, więc na razie nic nie zdradzam.

Aha, i jeszcze mała informacja techniczna. Projektanci są podlinkowani – po kliknięciu zostaniecie przekierowani na stronę lub profil na FB. Zdjęcia są high-res. Po kliknięciu otworzy się większy obrazek z widocznymi detalami. Miłego czytania i oglądania!

Czwartek. UDA-a

Pierwszy pokaz, który otwierał strefę OFF. Wiadomo, że nie jest lekko i przyjemnie być pierwszym. Generuje to sporo stresów, bo nigdy nie wiadomo, czy na pewno będzie dobra frekwencja. A puste krzesełka to zawsze spory cios dla projektanta. Całe szczęście (czy aby na pewno?) dla UDA-a pustych krzesełek na pokazie nie było. Niestety, na nasze nieszczęście, nie było też zachwytu. Ponieważ marka jest młoda podchodzę do tego projektu z pewną dozą wyrozumiałości. Jednak pewne rzeczy są niewybaczalne. Dekonstrukcja, na której opiera się cała koncepcja brandu to bardzo trudny temat. Między prawdziwą dekonstrukcją a przypadkowym zszywaniem kawałków tkanin jest ogromna przepaść. I niestety w jesienno-zimowej kolekcji UDA-a było widać głównie ową przepaść. Kolekcja składała się z sylwetek damskich i męskich, które w zamierzeniu projektanta miały być unisex. Było bardzo dużo nagości i źle pojętej awangardy. Standardowe „niewykończenia”, szwy na wierzchu, recycling – stały pakiet wielu młodych projektantów. Do tego banalna kolorystyka i fasony, które najpiękniejszą sylwetkę wykastrują z całej urody i wdzięku. Dopełnieniem były fryzury i makijaże inspirowane „sobotnim porankiem po intensywnej imprezie”. Całość zbyt oczywista i banalna. Dla mnie niestety NUD-a.

Czwartek. Monika Gromadzińska

Kolekcja dość spójna. Mało odkrywcza, ale mieszcząca się w kryteriach mody, którą ogląda się bez bólu zębów i zadawania sobie pytań ostatecznych typu „jaki to wszystko ma właściwie sens”. Bardzo mi się podobało wykorzystanie motywu diamentu, który pojawiał się w różnych odsłonach – jako element konstrukcji, detal lub aplikacja. Sylwetki były ostre i dobrze wystylizowane. Stonowane kolory stały się ciekawą bazą do komiksowych printów wykorzystanych w wykończeniach. Dopełnieniem pokazu były świetne wizualki i dość szalona muzyka przypominająca dźwięki jakie wydawał legendarny pac-man.

Czwartek. Joanna Startrek.

Warto zapamiętać to nazwisko i zacząć śledzić poczynania tej projektantki. Kolekcja, którą pokazała na Fashion Week’u to bardzo intrygująca zabawa z męską modą. Piękne fasony i ogromna ilość mniej i bardziej poukrywanych detali są wprost urzekające. Szczególnie kołnierze, wzory na koszuli, podwójne nogawki, skórzane wykończenia, rękawice i akcesoria. Reinterpretacja klasycznych, męskich form została dokonana w inteligentny i ciekawy sposób. Ubrania mimo lekko awangardowego charakteru w niczym nie tracą na swojej użytkowości. Całość została uspokojona stonowanymi kolorami – zieleń, biel, czerń, kamelowa żółć, brąz. Jedyne co mnie nie przekonało to pomysł noszenia płaszcza na gołe ciało. Prowokuje to niebezpieczne skojarzenia. Ale domyślam się, że był to celowy zabieg.

Czwartek. mart.adamiec.

Kolekcja podobno była inspirowana przyrodą. Niestety, efekt przypomina bardziej nieudaną wycieczkę do lasu. Coś pomiędzy świtezianką a topielicą na bagnach. Powtarzanie jednego fasonu w kilku wersjach kolorystycznych to modowy strzał w stopę przy tak małych kolekcjach. Zamiast wykorzystać potencjał dziesięciu looków widzimy jedną sukienkę w bardzo zbliżonych do siebie wariantach. Ręczne wykończenia tkaniny wypadły niestety bardzo naiwnie, a połączenia kolorystyczne można uznać za wyjątkowo nietrafione. Propozycja mart.adamiec nijak ma się do sezonu jesień/zima. Nie będę się jednak czepiać. Zgadzam się z projektantką – kobieta, która utonęła na bagnach, nie ma przecież problemu z niskimi temperaturami…

Czwartek – Ola Bajer 

Za samo nazwisko Pani Bajer ma u mnie dziesięć punktów na starcie! Jej propozycja to połączenie mody sportowo-casualowej z miejskim szykiem i odrobiną futuryzmu. Miejscami trochę zbyt „przebajerowane”, ale spójne i w ładnej (choć nudnej) kolorystyce. Na plus zaliczam całkiem ciekawe printy, które przypominały nałożone na siebie rastry. Kolekcja jest użytkowa, konsekwentna, całkiem dobrze odszyta i ładnie układająca się na sylwetce. Doceniam też odkurzenie trochę już zapomnianego motywu dwustronnych ubrań.

Czwartek – Ima Mad.

Kiedy czytam, że jakaś marka to „projekt eksperymentalny”, to odczuwam niepokój. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że eksperymenty w modzie są konieczne. Bez nich nie byłoby żadnej ewolucji. Jednak eksperymentowanie (niezależnie od dziedziny) należy do grupy „zwiększonego ryzyka”. Wiktor Frankenstein też eksperymentował i nie skończyło się to dobrze – bycie wizjonerem to nie jest lekki kawałek chleba. Trójka projektantów z Ima Mad z pewnością posiada jakąś wizję. Jednak ta wizja albo została źle zrealizowana, albo jest tak wizjonerska, że pozostaje poza zasięgiem moich możliwości intelektualnych. Największy z moich zarzutów to tkaniny. W czasie pokazu szelest materiałów technicznych był momentami nie do zniesienia i wywoływał prawdziwy dyskomfort. Jeżeli ubranie jest nieprzyjemne dla uszu, to boję się pomyśleć, jakie jest w kontakcie z ciałem. Na plus z pewnością można zaliczyć konsekwencję i spójność kolekcji, dość dobrą kolorystykę i jeden bardzo ładny żakiet z widocznym suwakiem. Stylizacji kompletnie nie rozumiem. Czarne, cmentarne kwiaty i sportowe buty? Na osłodę dodam, że choreografia pokazu należała do wyjątkowo udanych.

Piątek. Jakub Pieczarkowski

Zacznę od pretensji – Jakubie, to właśnie Ty poczyniłeś futro z taśmy magnetofonowej, za pomocą którego jeden z rodzimych fashionistów katował nas przez połowę Fashion Weeku. Kreacja na modelce i w sytuacji wybiegowej wyglądała ok, tym bardziej, że była to praca stworzona z duchem konkursu Re-Act. Jednak na tym panu wyglądała dramatycznie źle. Jeżeli je kupił – no cóż, stało się. Jeżeli mu je pożyczyłeś – nie rób tego więcej. Chyba, że weźmiesz odpowiedzialność za uszczerbki na zdrowiu psychicznym i kondycji naszych oczu. Abstrahując od tego jaki to ma wpływ na wizerunek Twojej marki…

…tym bardziej, że Twój ostatni pokaz był bardzo ciekawy. Totalny oversize i nabudowane formy stają się powoli znakiem rozpoznawczym Jakuba Pieczarkowskiego. I tak jak nie jest to zawsze moda do noszenia na co dzień to z pewnością jest to moda do oglądania. Ciekawe połączenia tkanin i faktur są bardzo widowiskowe. Spódnica à la Dior ze sztucznego futra wyglądała rewelacyjnie. Nie jest to jeszcze spełnienie marzeń i kolekcja tysiąclecia, ale posiada bardzo dużą wartość – wywołuje emocje i intryguje pomysłami. Jestem przekonany, że wiele z form, które widzieliśmy na pokazie może stać się bardzo dobrym punktem wyjścia do bardziej casualowych i codziennych propozycji. Po tym pokazie zdecydowanie czuję pozytywny niedosyt. Wielki plus za muzykę na żywo!

Piątek. Anna Dudzińska – dud-zin-ska

Kolejna inspiracja mokradłami. Jednak tym razem na nasze szczęście o wiele bardziej udana. Klimat pokazu był niezwykle depresyjny – modelki szły (wlokły się!) tak wolno, że można było usnąć, a muzyka co wrażliwszych mogła doprowadzić do próby samobójczej. Ofiar na szczęście nie było. Kolekcja Dud-zin-skiej jest organiczna i typowo zimowa. Charakteru dodaje jej lekko futurystyczny detal, który pojawia się w srebrnych wykończeniach i ożywia mocno ograniczoną kolorystykę. Jednak to nie detale były najbardziej intrygujące, ale piękne, zabudowane swetry z ciekawymi pleceniami i konstrukcjami. Generalnie ogromny plus za stylizację, sezonowość i fasony. Minusy? Przyznam, że mam spore obawy co do jakości wełny, z której zrobione były swetry. Innych przewinień nie stwierdziłem.

Piątek. Alexis & Pony

Kiedy myślę o tym pokazie rodzi się we mnie agresja. Rozpatruję to wydarzenie w ramach zamachu na moje życie. Pomysł był ciekawy, przyznaję. Na wybieg wjechało auto w chmurki, z którego (niczym w cyrku) wyleciało stadko modeli. Niestety, przez cały pokaz auto było na chodzie, a rura wydechowa była skierowana prosto w naszą stronę. Michał Zaczyński ceniąc swoje życie uciekł, Sara Łątkowska z ultrazurnal.pl zrobiła się zielona na twarzy, mnie zebrało się na wymioty. Podejrzewam, że mogłem z powodzeniem zwymiotować na wybieg i wszyscy by uznali, że to część tego przedziwnego performance’u, którego punktem kulminacyjnym był lap dance na masce samochodu w wykonaniu pani w masce świni. Totalny przerost formy nad treścią. Tym bardziej, że lwia część kolekcji (co natychmiast zauważyła ekipa Ultra Żurnal), którą oglądaliśmy, ma już swoje lata (dokładnie dwa, bo była pokazywana na Fashion’erze w 2010) więc jedyne, co chciałbym jeszcze wiedzieć, to na czym właściwie polega praca ludzi dokonujących selekcji na pokazy OFF. Tyle.

Sobota. Jarosław Ewert

Kicz kontrolowany. Bardzo ryzykowny temat, chyba nawet bardziej niż dekonstrukcja. Żeby sprawnie realizować estetykę na pograniczu kiczu trzeba mieć nie lada umiejętności. Brak równowagi sprawi, że zostanie sam kicz czyli w efekcie nie zostanie nic wartego uwagi. Jarosław Ewert chyba posiadł tę umiejętność. Złoto, czerwień, bogate printy, koronki i aplikacje z futra – wszystko to idzie w kierunku „carska Rosja”. Jednak działania na tkaninie i odrobina nonszalancji dodały tej kolekcji oddechu. Brakowało mi widocznej inspiracji i konsekwencji. Nie twierdzę, że kolekcja jest niespójna, bo posiada kilka elementów, które ją spajają. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czegoś tam zabrakło. Podejrzewam, że ubrania wyjęte z kontekstu pokazowych total-looków obronią się i będą wdzięcznym uzupełnieniem bardziej stonowanych elementów garderoby.

Sobota. Paulina Plizga

Czemu tak mało?! Jestem całkowicie i bez pamięci zakochany w nowej kolekcji Pauliny. Projektantka konsekwentnie kontynuuje swój romans z patchworkiem. Jednak w każdej swojej kolekcji udowadnia, że temat jest jak studnia bez dna i zaskakuje mnie nowymi pomysłami. Tym razem zaskoczeniem były konstrukcje – bardziej geometryczne i mniej opływowe niż zazwyczaj. Formy i niezwykle kunsztowne połączenia materiałów są tak intrygujące, że ciężko oderwać od nich wzrok. Pokaz zostawił we mnie totalne uczucie niedosytu. Chciałbym więcej i więcej i jeszcze więcej! Minusy? Znowu mam mały problem z dodatkami krawieckimi – wolałbym metalowe suwaki zamiast plastikowych. Ale to takie marudzenie bardziej niż realny zarzut. Jeden z najlepszych OFFowych pokazów w tym sezonie (co staje się powoli regułą).

Sobota. Gregor Gonsior

Gregor Gonsior to projektant na swój sposób totalny, żyjący we własnym (dość unikalnym) świecie i całkowicie niepolski. Cenię go za to, że jego projekty są diametralnie inne od standardowych propozycji innych designerów. Bajka Gonsiora to moja bajka. Kolory, fasony, kobiecość i dokładnie ten rodzaj awangardy, który trafia prosto w moje serce. Czemu? Są to propozycje bardzo specyficzne ale jednocześnie całkowicie zdatne do noszenia. Oczywiście poza butami, które przerastają możliwości modelek, a co dopiero zwykłych śmiertelniczek. Ostatnia kolekcja Gonsiora to miks wielu bardzo popularnych trendów. Niekoniecznie aktualnych, ale w jego przypadku nie jest to aż tak ważne.  Kolekcja nie jest też spójna, nie widać w niej jednej, konkretnej inspiracji – myśli przewodniej. Są to po prostu pięknie odszyte i ładne rzeczy. A ja uwielbiam patrzeć na pięknie odszyte i ładne rzeczy!

Sobota. Maldoror

Byłem, ale nie widziałem. Maldoror nie lubi prostych rozwiązań, więc zamiast pokazu odbyło się coś w rodzaju prezentacji. Ponieważ nikt nie wiedział, że tak będzie, wszyscy zajęli pozycje dookoła „wybiegu”. Kiedy się okazało, że modele nie mają zamiaru się ruszać, nastąpił zmasowany atak publiczności. Ja niestety nie lubię (w sumie „nie lubię” to bardzo delikatnie powiedziane) przepychać się w tłumie, więc poszedłem na kawę. Że niby mało profesjonalnie? Myślę, że każda akcja rodzi reakcję. Moją reakcją jest po prostu brak reakcji.

W ten sposób mamy za sobą wszystkie OFFowe pokazy. Czas na wnioski! Na stronie Fashion Weeku czytamy, że OFF jest miejscem dla awangardy i dla debiutantów, którzy dobrze rokują na przyszłość i których warto przedstawić szerszej publiczności. Czy tak faktycznie jest? Myślę, że w sporej części tak. Moją opinię na temat poszczególnych marek już znacie. Łatwo można wywnioskować, że nie było wielkich zachwytów ani ogromnych odkryć. Kilkoro projektantów spełniło moje oczekiwania, ale raczej żadna kolekcja nie wzbudziła emocji „totalnych”. Za niektórych na pewno będę trzymać kciuki, bo widać, że mają dobre pomysły i podążają w ciekawym kierunku. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była przestrzeń, w której odbywały się pokazy. Poprzednia edycja straszyła nas okropnymi barierkami, w których wszyscy czuli się jak w klatce. Tym razem były ładne, czarne zasłony – bardzo udany pomysł. Kolejnym plusem była punktualność. Opóźnienia były minimalne i wszystko działało niemal jak w zegarku! Było to dla mnie ogromne, bardzo pozytywne zaskoczenie.

 Jednak pokazy w strefie OFF (i nie tylko, ale o tym następnym razem) to ciągle wiele dość istotnych mankamentów, które powracają niczym katar sienny każdej wiosny i przeziębienia każdej jesieni. Jakie są to grzeszki i przewinienia? Przede wszystkim – jakość materiałów. Dzianina lub materiał marnej jakości potrafią skutecznie zrujnować nawet najlepszy pomysł. Mankamenty w konstrukcji zawsze da się jakoś ukryć, chociażby stylizacją i dużą ilością szpilek. Jakość odszyć w trakcie pokazu jest widoczna tylko dla wprawionego oka. Ale tani materiał zobaczy każdy, nawet laik, który nie odróżnia weluru od welwetu i aksamitu. Oczywiście nie jest to spowodowane złą wolą projektantów, ale kondycją finansową. To jednak temat zdecydowanie na inną okazję. Kolejny mankament to całkowite (przepraszam za kolokwializm) olanie tematu sezonowości. Z mojej perspektywy jest to grzech kardynalny. Owszem uznaję marki lifestyle’owe, które nie wypuszczają kolekcji sezonowych. Co więcej – uważam, że jest to bardzo dobry pomysł na budowanie brandu. Ale nie jest to absolutnie materiał na pokazy na FW. Jeżeli ktoś neguje kanoniczny i ugruntowany wieloma dekadami system podziału na sezony to uważam, że nie ma dla niego miejsca na pokazach. Niech wystawia swoje rzeczy w strefie Showroomowej albo w Concept Store. Mógłbym się jeszcze dalej rozpisywać o małych problemach technicznych, o komunikatach puszczanych przez radiowęzeł, które nie dość, że ledwo słyszalne to przypominały jeszcze zapowiedzi, które słyszymy na peronach. Mógłbym, ale tego nie zrobię. Uważam, że progres w organizacji jest widoczny i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Na koniec chciałbym bardzo docenić pracę wolontariuszek i wolontariuszy pracujących przy pokazach. Jutro napiszę więcej na ten temat. Teraz tylko powiem, że wszyscy zrobili kawał dobrej roboty! Dziewczyny (i chłopaki też) –  jesteście super!

I tym optymistycznym akcentem kończymy sekcję OFF. Relacja z pokazów z Designer Avenue, reszta wniosków i przemyśleń już niedługo.

PS – Zdjęcia ilustrujące tekst – dzięki uprzejmości FashionPhilosophy Fashion Week Poland

PS 2 – Korekta jest autorstwa kochanej Miss Marta Mitek.

Tobiasz Kujawa – tobiasz.kujawa@fashionmagazine.pl

Zdjęcie by Harel. Jeżeli jej nie znacie (jakimś cudem) to koniecznie wejdźcie na jej bloga – prawdziwa publicystyka na najwyższym poziomie!

komentarzy 18 to “Fashion Week – vol. I – OFF’owo i na 100%.”

  1. Harel Kwiecień 24, 2012 @ 16:08 #

    Szacun za uczestnictwo we wszystkich pokazach! Ja zawsze chcę, ale nigdy się nie udaje. Dzięki Tobie przynajmniej wiem, co mnie w tym roku ominęło.

    Lubię to

    • Fashion Magazine Kwiecień 24, 2012 @ 17:36 #

      I jak, uważasz, że coś straciłaś? 😉

      t.

      Lubię to

      • Harel Kwiecień 26, 2012 @ 07:15 #

        Tak. Joannę Startrek. Dlatego następnym razem przyjeżdżam w Czwartrek ;). (chętnie bym nie poprawiała tej literówki, bo ma swój urok, ale chyba warto zmienić na Startek ;)). Potem mój komentarz możecie skasować.

        Lubię to

  2. kuba Kwiecień 24, 2012 @ 16:39 #

    Pan kupił futro z taśmy magnetofonowej:) – pozdrawiam kuba pieczarkowski
    ps. cieszę sie , że pokaz się podobał

    Lubię to

    • Fashion Magazine Kwiecień 24, 2012 @ 17:36 #

      Mam nadzieję, że chociaż słono za nie zapłacił. No cóż, dobrze, że niektórzy mają odwagę nosić taką modę. Niedobrze, że nie zdają sobie sprawy jak groteskowo może to wyglądać. Kwestia stylizacji?

      Lubię to

      • kuba Kwiecień 24, 2012 @ 18:33 #

        zapłacił całkiem dobrze (tymbardziej , ze było juz nieco podniszczone :))
        kwestia stylizacji na pewno, ale chyba też zupełnie zły dobór do sytuacji. Mysle ze gdyby występował na jakiejs scenie, nie wyglągałoby to az tak groteskowo 🙂

        Lubię to

  3. amelka Kwiecień 24, 2012 @ 17:07 #

    podziwiam za profesjonalne podejście do zawodu. O to chodzi!! Bo po to głównie Pan się tłucze w pociągu, opuszcza dom i jedzie… żeby zobaczyć modę i potem opowiedzieć ją tak ( z uwagą i szczegółowości za co brawa) , że ci co nie byli nie tylko nie płakali w poduszkę, ale również cicho zdychali ” Thank you, God” for this blogger and journalist.

    Miło, że doceniasz pracę wolonariuszy, oni ciężko pracują za free zapłatą jest obcowanie z modą. Ucieszą się jak to przeczytają 🙂

    Lubię to

  4. Ania Kwiecień 24, 2012 @ 17:09 #

    ha! dzieki za fragment o wolontariuszach 😉

    Lubię to

    • Fashion Magazine Kwiecień 24, 2012 @ 17:34 #

      Odwalacie kawał dobrej roboty a bez Was to wydarzenie nie miałoby miejsca! Dlatego ja też czuję się w obowiązku, żeby Wam podziękować!

      t.

      Lubię to

  5. G Kwiecień 24, 2012 @ 19:52 #

    Jesteś genialny. Rzadko kiedy opisy pokazów potrafią mnie wciągnąć tak jak Twoje! W mgnieniu oka przeczytałam wszystko i chciałam więcej, czekam na następne!

    Jesteś mistrzem, tyle.

    Lubię to

  6. kelly Kwiecień 24, 2012 @ 20:48 #

    Rok temu byłam na wszystkich offach, w tym roku na żadnym, czego bardzo żałuję, ale niestety w natłoku spraw ważnych i ważniejszych, nie mogłam się teleportować. Lookbook Ewerta wygląda zachęcająco, recznie malowane aplikacje są świetne. To rzeczy, które chciałabym zobaczyć w „stylizacjach ulicy”. Faworytem rzeczywiście jest Joanna Startek, która (oceniam po zdjęciach, dotykać nie miałam przyjemności) pięknie wszystko wykończyła (strasznie mi tego wykończenia u wielu projektantów brakuje). A jak już o brakach mowy, to brakuje mi czegoś dla kobiet u Joanny, bo patrzac na te rzeczy zakładam, że mogłabym być klientką 😉

    Lubię to

  7. magda.jagnicka@gmail.com Kwiecień 25, 2012 @ 21:41 #

    Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne relacje!

    Lubię to

    • Fashion Magazine Kwiecień 25, 2012 @ 21:45 #

      Jutro w okolicach południa będzie recenzja wszystkich pokazów Designer Avenue. Notka na serwerze, zdjęcia wgrane, czekamy tylko na stempel Miss Marta Mitek, która jest moim pogotowiem przecinkowym.

      t.

      Lubię to

Trackbacks/Pingbacks

  1. Piąty Dzień Tygodnia vol. 12 « Fashion Magazine Blog - Październik 5, 2012

    […] tym jak Tobiasz zachwycał się kolekcją Pauliny Plizgi na sezon AW 2012/2013 możecie poczytać tu. Ostatnio dostaliśmy od Pauliny maila, a w nim pakiet zdjęć prezentujących kolekcję Armor […]

    Lubię to

  2. Maldoror Jesień-Zima 2013 czyli “Bóg, Honor, Ojczyzna” i.. Chuj! | Never Ending Freestyle Voguing - Maj 30, 2013

    […] się w tłumie. Ja wtedy nie dałem się zdominować i po prostu wyszedłem. Napisałem wtedy „Myślę, że każda akcja rodzi reakcję. Moją reakcją jest po prostu brak reakcji.”. Później nastąpił bardzo pozytywny, wręcz optymistyczny przerywnik – hedonistyczna […]

    Lubię to

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: