Archiwum | Lipiec, 2012

Wszyscy jesteśmy „mentalnymi dresami” czyli o akceptacji i ocenianiu w modzie.

30 Lip

Christopher Kane SS 2013.

Przypomniała mi się ostatnio anegdota z mojego życia. Ani wesoła, ani smutna. Należąca raczej do gatunku historii refleksyjnych i zostawiających w głowie więcej pytań niż odpowiedzi. Wracałem kiedyś z imprezy. Nie pamiętam dokładnie, czy był to jakiś pokaz, raut lub inne, równie ekscytujące modowe przedsięwzięcie. Idąc późnym wieczorem przez centrum Warszawy spotkałem grupkę młodych ludzi. Już na pierwszy rzut oka wiedziałem, że lubią sportowy styl życia, cenią sobie nonszalancki, szeleszczący strój i prezentują bardzo ubogi, choć wywierający spore wrażenie zakres słów. Nie ubieram się szczególnie prowokująco, lubię gładkie plamy kolorystyczne, stonowane barwy i luźny oversize. Mam trochę kolczyków, sporą słabość do biżuterii i mojego szarego kapelusza, po którym łatwo mnie poznać. Moja akceptacja w kwestiach ubioru jest ogromna. Wychodzę z założenia, że każdy ma prawo nosić to, co mu się podoba i w czym mu jest wygodnie. Jeżeli wygląda przy tym szczerze i prawdziwie, tym większa jest moja radość. Młodzi ludzie wyglądali na tyle autentycznie, że z tyłu głowy momentalnie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Nie zwykłem udawać kogoś, kim nie jestem, nie lubię też ukrywać się po kątach. Życie w stolicy nauczyło mnie, że w pewnych sytuacjach lepiej nie pokazywać strachu, tylko iść przed siebie – bez przerażenia w oczach, ale i bez wyzywającego, brawurowego kroku „idę stawiając nogi na krzyż bo chcę być top-model”. Zostałem, mimo wszystko, zaczepiony.  Grupka młodych mężczyzn wprost buzujących od testosteronu była totalnie zafascynowana moim wyglądem. O dziwo, nie było nich agresji, raczej ogromne zainteresowanie. Trochę jak fascynacja przedszkolaka, który pierwszy raz w życiu trafił do ZOO i zobaczył tyłek pawiana. Ja jestem jeden – ich jest kilku. Ja mam na sobie wielką, szarą bluzo-tunikę, a oni kreszowe uniformy. W takich warunkach nie ma miejsca na wybrzydzanie, skoro ktoś zadaje pytanie, to trzeba na nie grzecznie odpowiedzieć. Pytanie było oczywiste – czemu wyglądam tak jak wyglądam. Wyjaśniłem im czym się zajmuję w życiu, gdzie szukam inspiracji, czemu lubię nosić takie, a nie inne ubrania. Przyjęli to do świadomości. Kolejne pytanie – czy nie przeszkadza mi, że wyglądam jak pedał. Nadal grzecznie tłumaczę, że raczej mi to nie przeszkadza, bo w sumie wszystko się zgadza. Wytrąciło ich to trochę z równowagi. Teoria zrodzona w mózgu posiadającym dwie synapsy zakłada, że nie powinienem być z tego powodu szczęśliwy. A tu się nagle okazuje, że bezczelnie nie mam z tym żadnego problemu. Dla chłopców-sportowców jest to kompletnie niezrozumiałe. Rozmowa trwa dalej. Mam świadomość, że jeżeli chcę zachować obecny układ oczu i nosa na twarzy, to nie mnie decydować, kiedy skończymy nasz dialog. Po jakimś czasie poczułem się na tyle ośmielony, że postanowiłem zadać im pytanie. Spytałem się, czy zdają sobie sprawę, kto im właściwie projektował te szałowe dresiki Nike’a i wypaśne buty Adidasa. Czy wiedzą, skąd się biorą polówki i dżinsy – ich cywilne, weekendowe zestawiki, które zakładają na wyjścia do modnych klubów. Czym moja biżuteria różni się od ich biżuterii? Kolejną godzinę spędziłem na tłumaczeniu tym młodym ludziom, jak to wygląda z mojej perspektywy. Chciałbym powiedzieć, że ta rozmowa zmieniła ich podejście do pewnych spraw, ale pewnie tak nie było. Oni mieli swoje weekendowe obowiązki, ja miałem dość i chciałem iść do domu. Rozstaliśmy się w umiarkowanej zgodzie i bez zbytnich emocji. W drodze powrotnej kołatała mi się po głowie nachalna myśl – zarówno oni jak i ja dokonaliśmy bardzo płytkiej i powierzchownej oceny. Nasze opinie łączyło jedno – nie były do końca prawdziwe…

Czytaj dalej

Piąty Dzień Tygodnia vol. 2.

27 Lip

Kolejny tydzień za nami. Kiedy to się wydarzyło? Dziś zaczynam od małej informacji – do współprowadzenia „Piątego Dnia Tygodnia” zaprosiłem naszą sekretarz redakcji, znaną już wam jako pogotowie przecinkowe, Martę Mitek. Co się działo przez ostatnie dni? Zapraszamy do naszego subiektywnego przeglądu najciekawszych newsów. Oczywiście pojawią się też goście. W tym odcinku trzy genialne panie: Gabriela Czerkiewicz, Harel i Ewa Kosz. Gotowi? To zaczynamy.

Jesienne Kampanie – ciąg dalszy

Jednak tym razem w wersji video. Koniec ładnych, wypieszczonych filmów. Jesień zapowiada się schizofrenicznie ale też trochę dowcipnie.

KENZO i zabawy hula-hop.

ALEXANDER McQUEEN i zabawy po ciężkich narkotykach. Nie bierzcie narkotyków.

ALEXANDER WANG i gościnnie Azealia Banks. I znowu impreza!

Nasze luźne skojarzenie ilustrujące ten trend w nowych kampaniach!

Czytaj dalej

Wiktoria zgubiła stanik czyli otwarcie butiku Victoria’s Secret w Złotych Tarasach.

24 Lip

Pewnego dnia do redakcji przyszła różowa torba. W środku był różowy błyszczyk, różowa bibuła i różowa koperta. W kopercie – uwaga – różowe zaproszenie. O tym, że ta znana marka wchodzi na polski rynek wiedziałem już od jakiegoś czasu – kilka miesięcy temu Złote Tarasy zorganizowały konferencję prasową, żeby poinformować o swoich planach na przyszłość. Między kolejnymi slajdami pełnymi nudnych tabelek i wykresów pojawiała się informacja o otwarciu Victoria’s Secret. Miał to być pierwszy butik w Europie. I chyba jest to prawda, bo z tego co czytałem na vogue.co.uk, otwarcie londyńskiej filii ma miejsce dzisiaj. Moja znajomość marki ograniczała się do biuściastych aniołków i dość barwnych pokazów. Za to moje koleżanki wpadły w euforyczną radość. Przekrzykując się nawzajem, wychwalały jakość staników, wygodę i urokliwość majtek oraz niesamowite właściwości urodowo-zapachowe kosmetyków, które marka również ma w swojej ofercie. Pomyślałem sobie, że skoro zapraszają, to wypada iść. Sklepy ze stanikami to dla mnie czarna magia (abstrahując od tego, że nad takim sklepem mieszkam). Taka okazja nie zdarzy się zbyt szybko, więc poszedłem. Raz się żyje. Prawda?

Czytaj dalej

Z wizytą w Prêt-à-porter PR czyli co w COSie słychać.

23 Lip

Zaczniemy dziś od teorii – wiecie czym jest showroom?

To takie specyficzne miejsce, które łączy w sobie agencję PR, wypożyczalnię ciuchów i salon ekspozycyjny. Jest też podstawą pracy większości stylistów. Reguły są dość proste i powszechnie zrozumiałe. Każdy showroom ma listę marek, które reprezentuje. Stylista (albo jego asystent jeżeli takowego posiada) wpada z wielką, niebieską siatą z Ikei, krąży między wieszakami uginającymi się od ciuchów i półkami pełnymi butów, torebek i biżuterii, wybiera to co mu potrzebne do sesji zdjęciowej, po czym biegnie do następnego showroomu. Aż do momentu, kiedy zapcha cały bagażnik swojego auta (lub taksówki) i większość miejsca przeznaczonego na pasażerów. Potem jest sesja zdjęciowa, na której trzeba uważać, żeby wypożyczone rzeczy nie pobrudziły się makijażem, pizzą i kawą (lub mieszanką tych trzech substancji), biżuteria nie pogubiła a wszystkie buty były pod koniec zdjęć do pary. Następnie trzeba ten wielki stos bambetli posortować (i tu się bardzo przydaje asystent) według marek i rozwieźć do konkretnych showroomów. Brzmi jak bajka, ale kto pracował jako stylista sesyjny ten wie, że to ciężka, wyczerpująca harówka. Od noszenia siat wyładowanych ciuchami stylistki dostają syndromu „gorylich rąk” a jak się jest, nie-daj-boże, freelancerem to mieszkanie wygląda jak secondhand po eksplozji ładunku wybuchowego. Showroomy rządzą się też oczywiście swoimi prawami. Ubrania niektórych marek mogą wypożyczać tylko przedstawiciele konkretnych redakcji. Bywa też tak, że „tytuł” wejdzie w konflikt ze stylistą i blokuje mu wypożyczenia. Niewesoła sytuacja… Gdyby się tak wgłębić w świat showroomowych dziewcząt (z jakiegoś powodu pracują w nich głównie kobiety) to okaże się, że najlepsze plotki i historyjki ze świata polskiej branży modowej są właśnie pochowane między wieszakami. Ale to materiał na zupełnie inną historię…

Czytaj dalej

Piąty Dzień Tygodnia vol. 1.

20 Lip

Piątek, tygodnia koniec i początek.

Piąty dzień tygodnia aż się kusi o to, żeby go jakoś wyróżnić. Niekoniecznie otwarciem butelki wina już o godzinie 16:00. Chociaż zawsze jest to jakaś opcja, bo w końcu zaczyna się weekend. Prawda? Piątek jest też świetną okazją, żeby stworzyć subiektywne podsumowanie tego co się działo w modzie (i obok mody również) przez pięć ostatnich dni. Małe zastawienie najciekawszych newsów z Polski i ze świata. Większych wstępów nie trzeba, idea jest jasna. Zaczynamy.

Czytaj dalej

„Zawsze w pierwszym rzędzie. Anna Wintour – królowa Vogue’a” czyli bardzo zła książka o bardzo ciekawiej osobie.

17 Lip

Całą moja przygodę z tą książką można opisać jako niespodziewane, brzydkie dziecko dość dziwnego przypadku i bardzo nudnego popołudnia. Kilka miesięcy temu miał miejsce dzień sponsorowany przez hasło: wybitnie niskie ciśnienie. Naszą zbiorową, redakcyjną przypadłością jest meteopatia. Nie mam pojęcia jak to jest możliwe, ale dosłownie wszyscy mają niesamowicie dużą nadwrażliwość na niekorzystne warunki meteorologiczne. Właściwie każdy dzień możemy rozpatrywać przez jakiś negatywny aspekt związany z pogodą. Albo jest za zimno, albo za ciepło, za wilgotno, albo za sucho, za duży wiatr, albo (najgorzej) powietrze stoi. No i to ciśnienie… Remedium jak zawsze stanowi Kawa, zarówno rozpuszczalna jak i z ekspresu. W stanach krytycznych, nie polecam tego nikomu, stosuję mieszankę tych dwóch specyfików, czyli do kawy z ekspresu dosypuję rozpuszczalną. Potem mam palpitacje serca i odmienne stany świadomości. Tego (nie)pamiętnego dnia, ciśnienie było tak niskie, że mając do wyboru odciśnięty na twarzy wzór klawiatury albo drgawki spowodowane przedawkowaniem kofeiny, wybrałem tę drugą, ryzykowną opcję. Wprowadziwszy się w zaawansowany, kofeinowy trans nabrałem ochoty na porządki. Na pierwszy ogień poszło moje biurko, potem szafki a na koniec półki z magazynami. Między starymi wydaniami „Harper’s Bazaar” i „Numéro” znalazłem ściśniętą, odwróconą grzbietem do ściany książkę. Była to właśnie „Anna Winotur – królowa Vouge’a”. I tak się zaczęła moja kilkumiesięczna męczarnia związana z tym tytułem. Istnieją jeszcze dwie książki, które męczyłem równie długo. Wspomniany przy jednej z recenzji „Ulysses” Joyce’a i tetralogia Manna – „Józef i jego bracia”. Do tego zaszczytnego grona dołączyła zmanierowana, demaskatorska pozycja autorstwa Jerrego Oppenheimera. I tak jak w przypadku dwóch pierwszych pozycji wyzwaniem stała się kwestia mojej erudycji (albo pewnych braków), tak w przypadku biografii Anny Wintour przeszkody były bardziej trywialne. Ponieważ nie widziałem oryginalnego wydania, nie wiem na którym etapie popełniono błąd. Być może pan Oppenheimer nie potrafi pisać. Być może dwie panie (nazwisk litościwie nie podam), które tłumaczyły tę książkę, powinny zająć się czymś bardziej odpowiednim dla ich możliwości intelektualnych – na przykład kursem wytwarzania twarogu. Jest jeszcze szansa, że zaistniały oba te czynniki a ich wypadkową stał się tekst, którego nie sposób czytać, nie zgrzytając przy tym zębami. A po 10 stronach ma się ochotę na wybijanie dziur w ścianie. Własną głową.

Czytaj dalej

Warszawskie popołudnie w wersji nenukko Basic.

13 Lip

Lubię nenukko. Zresztą, pisałem o tym już tak wiele razy, zarówno tutaj – na blogu jak i w „Fashion Magazine”, że nie ma sensu się powtarzać. Wielbicieli podtekstów od razu uspokajam – moja sympatia do marki nie ma żadnej „ukrytej agendy” czy innego, materialnego kontekstu. Z mojej szafy nie wysypują się ubrania nenukko, które byłyby wymiernym skutkiem naszych zawodowych stosunków. Jest za to inny, dużo cenniejszy aspekt – szczera i konstruktywna relacja, która łączą mnie z marką, a w szczególności z ich PR managerką – Kamilą. Wczoraj nenukko zorganizowało mały event, z okazji wprowadzenia nowej linii – „nenukko Basic”. Wydarzenie miało miejsce w warszawskim concept storze „Pies czy Suka”. Goście byli zaproszeni na 20:30 a ja wpadłem wcześniej, żeby w spokoju zobaczyć ubrania, zrobić kilka zdjęć i pogadać z dziewczynami.

Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: