„I Wish I Was There” czyli 10 pokazów, na których nie byłem

21 Sier

I wish I was there śpiewała Pixie Lott. Dziś jest idealna okazja, żeby zaśpiewać razem z nią, mając w myślach te wszystkie genialne pokazy, które już miały miejsce. Jednak dzięki magii współczesnego internetu całe szczęście możemy je obejrzeć w zdigitalizowanej formie. Oczywiście nic nie zastąpi realnego doświadczenia. Nawet najlepsze nagranie i dźwięk w genialnej jakości nie oddadzą tej szczególnej atmosfery, która towarzyszy oglądaniu ubrań na żywo. Szczególnie w przypadku tych dziesięciu pokazów, o których dzisiaj piszę. Pod żadnym pozorem nie należą one do zwykłych wydarzeń. Każda z tych kolekcji w jakiś sposób zapisała się w historii mody zostawiając w niej wyraźny ślad lub wytyczając nowe kierunki. Dla mnie niezmiennie stanowią źródło inspiracji i wyznaczają ramy jakości, zarówno jeśli chodzi o same ubrania, jak i realizację audiowizualną. Przywołuję je w pamięci recenzując polskie wydarzenia i kolekcje. Jest ich nieporównanie więcej niż tylko dziesięć, jednak większość nie posiada odpowiedniej dokumentacji. Niektóre znam z zagranicznych recenzji, inne ze zdjęć. Dzisiejszym kryterium stał się zapis video, najlepiej w pełnej, niepociętej wersji. Przeszukując internet nie znalazłem żadnego kompendium czy porządnego podsumowania najlepszych pokazów i najważniejszych kolekcji, które koniecznie trzeba zobaczyć przed przysłowiową śmiercią. Selekcja, którą przedstawiam jest moim całkowicie subiektywnym wyborem. Z każdym kolejnym rokiem, co jest raczej oczywiste, ta lista się wydłuża. Nie lubię teorii „wszystko już było”. Zdaję sobie sprawę z pewnej powtarzalności, jednak jestem przekonany, że moda nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wszystko jest kwestią fantazji. Być może nam, odbiorcom, jej brakuje, dlatego asekuracyjnie twierdzimy, że nic nowego się nie zdarzy. Jednak twórcy, o których dzisiaj piszę udowadniają, że moda jest jak studnia bez dna. Jednak żeby z niej czerpać, trzeba być wizjonerem. Tylko i aż.

Hussein Chalayan SS 2007

.

Skromna oprawa – brokatowy wybieg, w tle tykający niby-zegar przypominający śmigło samolotu. Początkowe sylwetki nie robią ogromnego wrażenia. Widzimy przekrój ładnych, choć prostych sukienek z szyfonu i jedwabnej organzy, zdobionych dżetami i sznurami korali aż po kreację z przeźroczystych, plastikowych kul. Jednak to właśnie druga część pokazu dosłownie zapiera dech w piersiach. Niesamowite połączenie historycznych fasonów i nowoczesnej technologii sprawia, że oglądamy syntezę mody, filmu science-fiction i odrobiny magii. Modelki stojąc w bezruchu pośrodku wybiegu poddają się metamorfozie. Cały proces odbywa się perfekcyjnie – wszystko działa niczym w zegarze. Zwróćcie uwagę, że każda kreacja jest „uruchamiana” zdalnie. Finałowa kreacja – kapelusz, który wchłania poły białej tuniki – odsłania esencję mody, czyli nagie ciało modelki. A Husseyn Chalayan po raz kolejny zadaje pytanie – jak będzie wyglądać przyszłość? Jego wizja jest niezwykle pociągająca.

Hussein Chalayan AW 2000

.

.

O tym pokazie wspominałem przy okazji recenzji ZUO Corp. Zainteresowanych zapraszam tu.

Issey Miyake SS 1995

.

Japoński ascetyzm – prosty biały wybieg i muzyka grana na tradycyjnych instrumentach. To właśnie z tej kolekcji pochodzą ikoniczne, sprężynowe sukienki „minaretowe”. A do tego całe spektrum rozmaitych, plisowanych tkanin, z których projektant jest tak dobrze znany. Jest to jedna z pierwszych kolekcji w których Issey Miyake wykorzystał nową technologię, za pomocą której ubrania są najpierw cięte i szyte, a dopiero później plisowane między warstwami papieru. Ta kolekcja to przede wszystkim całkowite wyzwolenie ciała. Wszystkie ubrania są luźne, komfortowe, nie ograniczające ruchów. Pozornie niedbałe fasony są dopracowane w najmniejszych szczegółach. Widać, że każda linia i każde cięcie zostało dokładnie przemyślane. Ta japońska precyzja projektowania jest widoczna w każdym aspekcie kolekcji – zarówno w gniecionych, dzianinowych tunikach jak i pelerynach z przejrzystej, sztywnej organdyny. Piękny, poetycki pokaz, który wiele razy inspirował innych projektantów.

Alexander McQueen AW 2009-2010

.

Zdecydowanie i niezmiennie mój ulubiony pokaz legendarnego projektanta. Głośny, agresywny i pełen sprzeczności. Tłem pokazu stała się góra śmieci pomalowanych na czarno. Dookoła tego stosu przechadzają się modelki, niczym wiedźmy wokół rytualnego ogniska. Bardzo ciekawe jest podejście McQuenna do kobiet. Z jednej strony widać fascynację ich sylwetką i kształtami. Jednak czy ta miłość nie jest przypadkiem mizoginią? Karykaturalne, przerysowane usta, pokraczne pozy, głowy ozdobione śmieciami. Miłość czy nienawiść? Każda stylizacja dosłownie olśniewa pomysłami, inspiracją new-lookiem Christiana Diora i niezwykłymi fasonami. Paleta ograniczona do trzech kolorów jest również na swój sposób symboliczna. Trzy barwy (czerń, czerwień i biel) niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i stwarzają pole do wielu interpretacji. Podobnie jak wzór ptaków zrywających się do lotu i motyw piór wykorzystany w finałowych kreacjach. Idea wolności staje się jednocześnie klatką dla ciała. Wieloznaczność kolekcji, podobno inspirowanej ekonomiczną zapaścią i oprawa pokazu robią ogromne wrażenie.

Christian Dior SS 2007

.

Każdy pokaz Johna Galliano dla Diora zachwycał bogactwem detalu i niezwykle spójną wizją estetyczną wydarzenia. Jednak ten szczególny sezon, inspirowany tragiczną historią Cio-Cio San, bohaterki opery autorstwa Giacomo Pucciniego – Madame Butterfly, należy do moich ulubionych. Wybieg podzielony na kilka platform i podestów przypomina małe sceny. Przeskalowane meble, fragmenty wnętrz dawnych butików, gałęzie japońskiej wiśni. Klimat tego pokazu jest niesamowicie bajkowy. Kunsztowne, skomplikowane suknie, komplety żakietów i spódnic znalazły inspirację w japońskim tradycyjnym stroju, ilustracjach, przyrodzie i sztuce składania papieru – origami. Ilość sylwetek, ich różnorodność zawarta w formach, pracochłonnych haftach i aplikacjach przyprawiają o zawrót głowy. John Galliano rozpuścił wielbicieli Diora – pokazał im bajeczny luksus, ubrania tak piękne, że aż nierealne. Nic dziwnego, że tak ciężko jest nam teraz docenić o wiele bardziej wyciszony styl Rafa Simonsa.

Iris van Herpen 2011-2012

.

Iris van Herpen jest wizjonerką świata mody. Jej kolekcje nie należą do nurtu użytkowego. Stanowczo bliżej im do kategorii Première Vision. Poruszając się pomiędzy strojem, konstrukcją a rzeźbą łączy tradycyjne, kunsztowne rzemiosło z innowacyjnymi technikami i materiałami. Już w debiutanckiej kolekcji Chemical Crows zdradziła swoje przywiązanie do żmudnego, bardzo drobiazgowego łączenia poszczególnych fragmentów konstrukcji. Jednak skrzydła rozwinęła w kolekcji Capriole, która była kontynuacją kolekcji Escapism. Laserowo wycinane fragmenty tworzywa, łączone warstwa po warstwie, sprawiają niesamowite wrażenie. Organiczne i połyskliwe, niczym pancerze owadów, tworzą sztywne i geometryczne stelaże skonfrontowane z ciałem modelek. Przyroda jest jedną z najsilniejszych inspiracji Iris. Zbroje przypominające zwierzęce kości i szkielety ryb, kołnierz z przeźroczystego pleksi do złudzenia udający wzburzoną taflę wody, splątane jak wnętrzności rury i ażurowe skrzydła znajdują swoje źródło w naturze. Gra kontrastów jest tu rozegrana na mistrzowskim poziomie. Nikt nie potrafi w ten sposób nadać miękkości sztywnym materiałom i utrzymać skomplikowanych konstrukcji na swoim miejscu. Precyzja i fantazja tych strojów jest niesamowita!

Maison Martin Margiela AW 2006-2007

.

Pierwsza kolekcja Martina Margieli przedstawiona w formie pokazu dla publiczności. Modelki pojawiają się na wybiegu na ruchomych platformach, pchanych przez mężczyzn z obsługi technicznej. Pokaz ten jest wyrażeniem ideologii projektanta (jak i całego domu mody), która będzie później realizowana przez większość sezonów. Podstawowym jej założeniem stała się dekonstrukcja ubrań i zmiana pierwotnego przeznaczania konkretnych elementów konstrukcji. Już pierwsza sylwetka daje nam do myślenia. Modelka ma na sobie spodnie, w których jedna z nogawek jest rozcięta i przedłużona. Ubranie wykracza poza swoją użytkowość. Martin Margiela deklaruje swoją wizję estetyki, która zamiast wpasować się w kierunek „ładnych ubrań” staje do niego w kontrze, a w ostatecznym rozrachunku idzie o krok dalej i całkowicie się z niego abstrahuje. Kolejne sylwetki są poszarpane, poplamione, stwarzają wrażenie niedopasowanych. Kolorowe plamy na ubraniach powstają w trakcie pokazu z biżuterii, stworzonej z kolorowych kostek lodu. Niektóre elementy strojów nie zostały odcięte od belek materiału, które razem z modelkami jadą na podestach Sukienki są przeplecione przez stelaż z rur stojący za ich plecami. Kolekcja sprawia wrażenie zawieszonej w czasie. Rodzą się pytania – na czym polega proces tworzenia ubrań? Kto i kiedy decyduje o tym, że został już zakończony? Czy można pozbawić ubranie funkcjonalności i estetyki i nadal nazywać je ubraniem? Na te pytania Maison Martin Margiela nadal szuka odpowiedzi w swoich kolekcjach.

Lanvin AW 2002-2003

.

To nie jest tak, że Cristina Ortiz robiła coś źle projektując przez cztery lata damskie kolekcje dla domu mody Lanvin. Jednak marka, jedna z najstarszych w Paryżu, trwała od dłuższego czasu w stagnacji. Remedium na tę sytuację stał się Alber Elbaz, który już w swojej pierwszej kolekcji wyznaczył nowy kierunek rozwoju. Przede wszystkim odmłodził markę. W kolekcji zawarł wiele detali, które od tej pory stały się jego sygnaturami. Wprowadził przede wszystkim charakterystyczny dla siebie styl – swoiste pomieszanie romantyzmu, retro i lekkiego klimatu cyganerii. W kolekcji pojawiły się falbanki, gęste marszczenia, odcięcia na spódnicach, delikatne i zwiewne tkaniny, nakrycia głowy, które od tej pory będą wracać praktycznie co sezon. Do tego fantastycznie skrojone i ultra kobiece płaszcze. Kolekcja okazała się strzałem w dziesiątkę, Alber Elbaz wyznaczył nową, pełną sukcesów erę w historii marki. Pokaz ten nie ma w sobie spektakularności, nie zachwyca oprawą czy reżyserią. Jest jednak świetnym przykładem, że nawet najbardziej ekskluzywna metka nic nie znaczy bez dobrego projektanta.

Thierry Mugler AW 1995-1996

.

Godzinna uczta dla oczu. Parada nadkobiet, domin, ostrych, niesamowicie seksownych drapieżnic, arystokratek, gwiazd, uwodzicielek, heroin, księżniczek i kurtyzan. Kwintesencja bogactwa lat ’90 połączona z paradą super modelek. A wreszcie prawdziwie spektakularny show z dynamiczną muzyką i świetną reżyserią świateł. Magia tego pokazu polega na mistrzowskim połączeniu elegancji z wulgarnością. Cały koncept, zarówno kolekcji jak i jej prezentacji, został zrealizowany „na krawędzi”. Jednak Thierry Mugler nawet na sekundę nie traci kontroli nad swoim dziełem. Jeżeli pojawia się odrobina perwersji to jest ona pokazana z przymrużeniem oka. Dosłowność została zamieniona w zabawę pewnymi konwencjami. Dlatego na wybiegu pojawiają się strawestowane wcielenia ikon kobiecości – na przykład Marilyn Monroe, Marlene Dietrich czy Grace Kelly. Modelki nie są tylko wieszakami na ubrania. Wcielając się w role, a robią to perfekcyjnie, zyskują historię i charakter. Pojawiają się małe, udramatyzowane scenki. Może to być wyreżyserowane spojrzenie, pocałunek, gest. Do tego gra kontrastów zrealizowana na bardzo wielu różnych poziomach. Kiedy w dwudziestej minucie pojawia się modelka w zbroi z metalu i przeźroczystego lateksu w tle słychać powolną, symfoniczną muzykę. Pokaz wręcz przygniata realizacja i ilością sylwetek, stanowiąc jeden z kanonicznych przykładów tego jak powinno się tworzyć modowe show.

Gareth Pugh SS 2007

.
Młodsza generacja brytyjskiej awangardy, złote dziecko Central Saint Martins School of Arts w swoim drugim solowym pokazie zabrał widzów w świat wynaturzonych, groteskowych stworów. Falujący wybieg, pokryty bawełnianym materiałem stał się platformą dla niesamowitej gry ludzkim ciałem. Pugh zmienia proporcje, zaburza sylwetkę i pozbawia modelki twarzy nakładając na nie maski. Ciało bez osobowości staje się przedmiotem. Sztywno kroczące postaci przypominają trochę roboty, przybyszów z obcej planety. Są odhumanizowane do granic możliwości. Chłód i dystans stają się niemal namacalne, a motyw szachownicy tylko pogłębia skojarzenia z grą. Ręce zamknięte w czarnych ostrosłupach wyglądają jak broń stworzona do zabijania. Agresywna muzyka zwiększa uczucie zagrożenia. Wirtualny świat zmieszał się z rzeczywistością. Od czasu tej kolekcji styl Garetha Pugh trochę się uspokoił. Jednak jego umiejętność wprowadzania awangardy do mody jest tak charakterystyczna, że nie sposób go pomylić z kimkolwiek innym.

Tak jak wspominałem na początku, ta selekcja to tylko wycinek historii najlepszych pokazów, ograniczony do typowej w przypadku podsumowań liczby „10”. Oglądając te nagrania, pomiędzy zachwytem i radością, zawsze czuję odrobinę frustracji i żalu. Móc zobaczyć te wydarzenia na żywo… Niestety zostanie to tylko w strefie marzeń. Jednak zawsze, po krótkiej chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że zamiast żałować tego co było lepiej czekać na to co będzie. Prawda?

Tobiasz Kujawa

tobiasz.kujawa@fashionmagazine.pl

PS. Korekta – Marta Mitek

PS2. A jakie są wasze ulubione pokazy? Które z nich mogą stać się rozwinięciem powyższej listy?

Advertisements

komentarzy 5 to “„I Wish I Was There” czyli 10 pokazów, na których nie byłem”

  1. harelblox Sierpień 21, 2012 @ 17:49 #

    Brakuje mi jeszcze dwóch :). „Czyż nie dobija się koni” McQueena na wiosnę 2004 oraz Viktora i Rolfa z przełomu 1999 i 2000 roku ze stopniowo ubieraną modelką (kolekcja haute couture). A, jeszcze Viktora i Rolfa na zimę 2007/08 ze stelażami. Chętnie obejrzałabym też pokaz Chloe na jesień 2006/2007, by móc na żywo obejrzeć skruszony i słodki uśmiech podnoszącej się z wybiegu Jessiki Stam ;).

    Lubię to

    • Tobiasz K. Sierpień 22, 2012 @ 09:55 #

      V&R z matrioszkowym pokazem – zgadzam się, wyleciał mi z głowy. Zaraz po publikacji przyszło mi tyle pomysłów do głowy, że na pewno zrobię kolejne części. Szkoda tylko, że nagrań z niektórych pokazów nigdzie nie ma. Wiesz co mnie najbardziej zdziwiło? Jak mało wyświetleń mają te filmy. Spójrz na statystki, niektóre są bardzo zastanawiające…

      Lubię to

  2. Jag Sierpień 21, 2012 @ 19:51 #

    Wywołałeś wilka z lasu, red. Kujawa:) Ostatnio sama zastanawiałam się nad takim postem wspominkowym i chyba w końcu go popełnię, ale do moich ulubionych pokazów należą: Dior jesień/zima 2004 (niestety z filmu wycięli scenę w której jedna z modelek zrzuca działaczkę PETA z wybiegu), Emilio Pucci wiosna/lato 2007, Gareth Pugh jesień/zima 2008, jeszcze może dwa pokazy Versace, wiosna/lato 2008 i 2010 (ten ostatni to czysty sex). No i jeszcze może bym dodała Chloe’ jesień/zima 2008. No i Margiela, i ostatni Sander. Perfekcja.

    Lubię to

    • Tobiasz K. Sierpień 22, 2012 @ 09:57 #

      Wywoływanie wilka z lasu to moje „specialite de la maison”. No i tak jak pisałem Harel, lista nie ma końca, więc na pewno zrobię kolejne podsumowania.

      Lubię to

  3. harelblox Sierpień 23, 2012 @ 12:33 #

    Jeszcze hologram Kate Moss. Ech, wilk wywołany, czas na kolejne części, panie redaktorze!

    Lubię to

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: