Fashion Week Poland FW 2013. OFF na Salonach, czyli Pałacowe Opowieści

23 Kwi

Wiecie czego najbardziej się boję podczas łódzkiego Fashion Week-u? Na pewno nie marnych kolekcji i groteskowych stylizacji, do których (co jest odrobinę przerażające) można się przyzwyczaić . Nie boję się też zmęczenia wielogodzinnym dreptaniem z miejsca na miejsce lub przerażające kolejki do toalet, w których przychodzą do głowy straszne myśli o publicznej, fizjologicznej kompromitacji. Nie straszne mi są wieczorne imprezy i ciężka głowa o porankach. Moim najczarniejszym możliwym schematem jest zwykłe, banalne… Zgubienie notatnika. A nawet nie zgubienie, tylko wizja tego, że ktoś ten zeszycik znajdzie i zacznie się zagłębiać w moich notatkach. Dlaczego? Po pierwsze bazgrzę jak kura pazurem. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że długopis i kartka służą mi w życiu jedynie do spisania listy sprawunków podczas ekscytujących zakupów w lokalnej Biedronce. Z powodu brzydkiego charakteru pisma mam też sporą podstawówkową traumę, kiedy to szanowna, mocno znerwicowana pani nauczycielka wymachiwała moim zeszytem do polskiego, twierdząc, że w całym swoim życiu nie widziała takich bazgrołów. Cóż zrobić, kaligrafia nie jest moją mocną stroną i przyznam, że trochę się tego wstydzę. Kolejnym powodem do stresu jest treść tych zapisków. Używam tak przedziwnych skrótów, wyrywkowych haseł, onomatopei i określeń, których sens znam tylko ja, że jest to niemal kompromitujące. Serio! Tak więc pilnuję go jak oka w głowie, a następnym planuję przywiązać  go sobie do szyi, żeby ograniczyć niepotrzebne nerwy. Przeglądam teraz ten mój potok słów, znaczków i obrazków, które pomagają wydobyć z chaosu myśli konkretne wnioski. Czasami są to gęsto zapisane strony. Dotyczy to pokazów, które wywołują jakieś emocje, są bardzo dobre albo wyjątkowo złe. Bywa też tak, że na stronie zapisuję tylko kilka słów. Ta sytuacja dotyczy kolekcji nudnych i nijakich, które nie sprowokowały we mnie żadnych głębszych przemyśleń. Taki kajet to ważna sprawa. Jesteście ciekawi co w nim zapisałem? Zapraszam więc do lektury.

Jak co pół roku zastanawiałem się nad systemem recenzowania kolekcji na sezon jesień/zima 2013 i jak co pół roku decyzja jest taka sama. Klucz pozostaje niezmienny, dlatego zapraszam was do pierwszej części, dotyczącej pokazów na strefie OFF. Tym razem nietypowo, bo jako członek Rady Programowej będę dziś pisać o kolekcjach, które również wybierałem, a co za tym idzie, za które jestem w pewien sposób odpowiedzialny.

Oczywiście jak co edycję jest ogromny problem ze zdjęciami, dlatego traktujcie je proszę poglądowo.

CZWARTEK

Sofia French

Zawsze kiedy projektant wychodzi pod koniec pokazu ubrany w swój własny projekt, na dodatek z kolekcji wybiegowej, odczuwam lekki niepokój. Z jednej strony, jest to dość zrozumiałe, bo w końcu autor powinien wierzyć w swoje dzieło, ale z drugiej taki gest ma w sobie coś nachalnego i nieskromnego. Projektanci z pozycją i stażem zazwyczaj unikają tego rozwiązania, więc może jest to cecha charakteryzująca debiutancką naiwność. Sofia French jako debiutantka ma do nie oczywiściej jak największe prawo. I być może nawet nie poruszałbym tego tematu, gdyby kolekcja była udana. Ale niestety nie jest. Pierwsze co rzuca się w oczy to niechlujność projektów, brak spójności i bardzo trudna kolorystyka, która niestety przerosła projektantkę. Gładka satyna ujawniła swoją najbardziej niewdzięczną stronę – wyglądała tanio i tandetnie. Szczególnie w połączeniu z szyfonem, które mogłoby się sprawdzić, owszem, ale w innych kolorach i prędzej w buduarze niż na wybiegu. Szerokie rękawy i nogawki, ściągnięte na wysokości nadgarstków i kostek sprawiają bardzo archaiczne wrażenie, a ozdobne lampasy na spodniach zamiast wprowadzać lekko militarny lub sportowy sznyt, pogłębiają tylko wrażenie niespójności. Powielenie ich na bluzce i sukience również uważam za nietrafione. Powiewających szarf nawet nie będę komentować. Jedyny plus jaki udało mi się znaleźć to intrygujące, okrągłe pęknięcie w czarnej spódnicy. Jest to kolekcja, która pod żadnym pozorem nie powinna była zaistnieć na scenie OFF-owej.

.

Kas Kryst

Również debiutująca na Tygodniu Mody Kas Kryst sprawiła, że OFF-owa scena nabrała czarnych i niepokornych rumieńców. Rzadko mamy okazję obserwować pokazy tak pełne, tak dobrze wyważone, optymalnie łączące lekką awangardę, kreatywność i użytkowość. Kolekcja „Bunch Bunch” jest stricte młodzieżowa (co podkreślają również sportowe buty i rekwizyty – deskorolki), rozbudowana i zawiera w sobie elementy zarówno dla chłopaków jak i dziewczyn. Projektantka eksperymentuje jednocześnie z formą jak i z surowcem. Czarny, ciężki materiał przypominający winyl wzbogacony o strukturę zostaje postawiony obok transparentnej tkaniny, bawełnianej dresówki i wełny. Kieszenie pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach, plecak przeskoczył z pleców na pierś modela, a ciężka spódnica z koła kontrastuje z nagim brzuchem. Prostą i wszechobecną czerń podbija błysk. W jednej z bluz wnętrze kaptura zostało wykonane ze srebrnego materiału. Bardzo żałuję, że ten temat nie został rozszerzony na inne projekty. Srebrne akcenty mogłyby pojawić się również w innych sylwetkach. I nie chodzi mi o duże i widoczne aplikacje, ale o małe niuanse, które  mogłyby stanowić ciekawe urozmaicenie. Dodatkowy plus należy się projektantce za akcesoria (czapki, szaliki, rękawiczki, bagaż) i pełne, pasujące do konwencji stylizacje. Nadal nie jestem przekonany do grubo dzianego swetra założonego pod sukienkę, ale w kontekście pokazowym taka toporna sylwetka jak najbardziej się broni. Podoba mi się wizja potencjalnego klienta Kas, widoczna w zadziorności jej projektów. Taka urzekająca, nastoletnia, trochę subkulturowa czupurność. Na koniec dodam tylko, że pokaz miał świetną oprawę – muzyka była dynamiczna, a wizualizacja, przedstawiająca świat widziany z perspektywy deskorolki stanowiła świetne dopełnienie. Ostatnia, szara sylwetka zdaje się mówić – mogłam z powodzeniem wprowadzić do kolekcji inne barwy, ale nie chciałam. Taka niepokorna kropka nad „i”. Z ciekawością czekam na kolejny sezon w wykonaniu Kas Kryst.

.

Hanger

Gdybym miał oceniać sam pokaz, sparafrazowałbym znane powiedzenie, pisząc „gdzie projektantek trzy, tam lecą tylko łzy”. Trzy, bo markę Hanger współtworzą trzy panie: Agnieszka Rymarczyk, Joanna Palma i Martyna Montewska. Są one odpowiedzialne za użycie w stylizacjach pokazowych białych rajstop, co doprowadza mnie do równie białej gorączki i powyższych łez. Co myślę o białych nóżkach u dorosłych kobiet podkreślałem już niejednokrotnie, więc nie ma sensu tego potarzać powtarzać. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że stylizacje wybiegowe można rozbić na elementy i potencjalna klientka nie musi się nimi ani trochę sugerować. Nie zmienia to jednak faktu, że owa wybiegowa stylizacja daje nam do myślenia o guście i pomysłowości projektanta (lub zatrudnionego stylisty, ale to nadal odpowiedzialność twórcy kolekcji). Patrząc na różowe przecierki (połączone z czarnymi akcentami!!!) mam prawo zwątpić w gust Hanger. Odwaga w doborze kolorów graniczy z brawurą. Paleta jest bardzo (bardzo!) nietypowa: biel, czerń, róż, pomarańcz, brąz i błękit. Są to trudne i niewdzięczne kolory, które gryzą się niczym wściekłe psy. Kolejne kontrasty pojawiają się w sposobie prowadzenia linii – ostre i geometryczne walczą z delikatnymi i opływowymi. Do tego wszystkiego dorzucono jeszcze złote, kanciaste opaski i srebrną biżuterię. Za dużo! Działa to na niekorzyść kolekcji, bo ilość tych kontrastów jest niestety przytłaczająca. W pokazie wybijały się przede wszystkim płaszcze i kurtki. Dość skomplikowane w konstrukcji, urozmaicone delikatną asymetrią wykończeń i przeszyć. Fasony i stylizacje lekko zaburzają sylwetkę i proporcje, ale to zaliczam na plus. Mój faworyt, to zdecydowanie duży, mięsisty płaszcz i kilka detali takich jak oryginalnie ścięty kołnierz koszuli, czy torebka zawieszana na pasku spodni. Z pewnością Panie Hanger mają ciekawe pomysły, a w naszym kraju nadal brakuje ubrań realizujących sportową elegancję. Myślę, że to dobry kierunek. Trzeba tylko mocno popracować nad kolorystyką i zrezygnować z pomysłów, które przekraczają ich możliwości. Aha, i jakkolwiek nie uwielbiałbym Hird’a i kawałka Keep You Kimi, to uważam, że wykorzystywanie tak oklepanego utworu w pokazie jest pomysłem równie złym co łączenie czerni, bieli i różu w jednej sylwetce. Ot taka mała, luźna sugestia.

.

Kamil Sobczyk

Jedni za pomocą mody szepczą, niektórzy mówią, a jeszcze inni krzyczą. Kamil Sobczyk należy do trzeciej grupy. Jego kolekcja jest chyba najgłośniejszą ze wszystkich pokazanych na tegorocznym OFF-ie. Skomplikowana, bogata w detale i aplikacje, okraszona mnogością materiałów, stanowi ciekawy kontrast dla pseudo-minimalistycznych, trochę zakompleksionych polskich kolekcji. Militarne inspiracje widać gołym okiem i nie jest to absolutnie żadne odkrycie. Ubrania „atakują” nas na wielu różnych poziomach i zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Plecionki gonią geometryczne wzory, pojawiają się piksele (na przykład w iście królewskiej, zielonej pelerynie, kwadraty są niestety klejone, a nie przyszyte), metalowe nity zostały połączone w kompozycje z deseniami, lub urozmaicają ozdobne listwy na połach koszuli … To jeszcze nie koniec – na jednej z sylwetek plecy zostały ozdobione anatomiczną grafiką przedstawiającą mięśnie pleców, przykrytą przeźroczystą warstwą materiału (PCV?).  Paleta podkreśla militarny charakter kolekcji – zielenie, brązy, beże, khaki i czernie. A do tego jeszcze biżuteria z nabojów, projektu Karoline Kajce z Golden Dust. Prawdziwe pole bitwy. Kolekcja jest estetycznie agresywna, ale nie jest to jej minus. Wielu projektantów przesadzając z detalami próbuje nas oszukać, zakryć nieumiejętnie odszyte sylwetki. W przypadku Kamila widać w tym działaniu świadomość i celowość, bo kroje tych ubrań stoją na wysokim poziomie. Jedyne czego się obawiam, to fakt, że projektant wpadnie w pułapkę „kolekcji tematycznych”. Wyraźna inspiracja jest  ciekawym elementem, ale może stanowić również duże ograniczenie w przypadku projektowania prostszych i bardziej użytkowych kolekcji.

.

Monika Błotnicka

W poprzednim sezonie napisałem, że z ciekawością będę obserwować poczynania tej projektantki i miałem (oczywiście) rację. Dlaczego? Bo Monika ma ciekawe pomysły. W tym sezonie, w kolekcji „Zawieszone Życie” postawiła na warstwy i pozornie niepasujące do siebie materiały. Eksperyment uważam za ciekawy, chociaż realizacja momentami zawodzi. Zawarcie w jednej sylwetce szyfonu, futra, skóry i nadruków wydaje się intrygującym zamysłem, jednak takie stylizacje bardzo niekorzystnie zaburzały sylwetki. Nabudowanie stylizacji było tak duże, że aż się prosiło o jakiś ruch sceniczny. W Łodzi to prawdziwa rzadkość, która jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Nie jest problemem zdjęcie okrycia przez modelkę i zarzucenia go na ramię, tak żebyśmy mogli zobaczyć co jest pod spodem, prawda? Więc pytam – gdzie był choreograf? Napisałem, że Monika ma ciekawe pomysły. Momentami zbyt ciekawe. Rozporek idący przez całe krocze i ginący bez wieści między udami jest dość kontrowersyjnym rozwiązaniem. Nie należę do osób pruderyjnych, ale trudno mi sobie wyobrazić kobietę, która będzie chciała skupić tak dużą atencję na tym fragmencie ciała. A wzrok zmierza tam nieuchronnie i zatrzymuje się ozdobiony wysoko uniesionymi brwiami (niczym literka „M” w logo McDonald’s). Do plusów wliczam też plecionki, szczególnie szaliki, które choć niepraktyczne ze względu na sztywną formę, to mimo wszystko są interesujące. Podobnie jest w przypadku „laserowych” wycięć, które nie są nowością i przeszły drogę z wybiegów do sieciówek, ale  nadal stanowią wdzięczny temat do urozmaicenia ubrań. W kolekcji znajdziemy jednak „smaczki” na przykład świetną, czarną kurtkę z połami przeciętymi suwakami. Niby prosta, a zachowująca idealne proporcje. Tej kolekcji jeszcze wiele brakuje, ale nadal podtrzymuję opinię, że Monika Błotnica ma potencjał i jeszcze nam pokaże na co ją stać.

.

Piątek

Katarzyna Górecka

Podczas obrad rady programowej z powodu tej kolekcji o nazwie „Girls Rule Boys Drool” powstało spore zamieszanie. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, czy projektantka z nas żartuje i puszcza perskie oko, czy może jednak projektuje te ubrania ze śmiertelną powagą licząc, że pokaz się obroni. Jakiś czas temu narzekałem, że polska moda autorska cierpi na brak koloru. Katarzyna stoi w opozycji do tego stwierdzenia i za to należą jej się brawa. Marek tworzących monochromatyczne, zgaszone kolekcje jest dużo, a ilość  projektantów, którzy nie boją się barw jest ciągle za mała. Niewielu jest też twórców, którzy traktowaliby modę z przymrużeniem oka, a zdaje się, że Górecka lubi bawić się konwencją kiczu i pozornej tandety, co nie jest łatwe, bo granica jest cienka, a od ironii do śmieszności niedaleka droga. Na wybiegu zobaczyliśmy uroczo naiwną paradę słodkich dziewcząt odzianych w sweterki, płaszczyki i sukieneczki. Te panieneczki miały kotyliony i szarfy zupełnie jakby uczestniczyły w wyborach gimnazjalnej miss. Projekty są ekstremalnie proste, cały nacisk został położony na niebanalne materiały – polarowe i winylowe spódniczki, pluszowa kurteczka i czy ceratowy płaszcz. Niestety, to trochę za mało. Cytując nazwę, powinienem był się obślinić, a mnie niestety zaschło w ustach. Mam nieodparte wrażenie, jakby projektantka dosłownie rozgrzebała bardzo ciekawy temat i w połowie pracy powiedziała „dość”. Oczywiście rozwinięcie tej uroczej konwencji byłoby ryzykowne, ale chyba należało to zrobić, bo forma zaprezentowana w Łodzi była rozczarowująca. A szkoda – temat jest pełen potencjału.  Kolor i dowcip w polskiej znajdują się na liście gatunków wymarłych, a są z pewnością warte większej uwagi. Jestem przekonany, że warto je wykreować na nowo i dalej iść tą drogą. Chociaż łatwo i przyjemnie nie będzie. Oj nie będzie…

.

Dominika Cybulska

Jeśli istnieje jakiś młody projektant, który zmierza w kierunku mody intelektualnej i refleksyjnej to jest to właśnie Dominika Cybulska. Jej kolekcja „Salle Delort de Gléon” rozwija wątki etnograficzne, przywodzi na myśl farmerów, mieszkańców odciętych od cywilizacji wiosek, podróżników i włóczęgów. Naturalna paleta, delikatne i ażurowe dzianiny, miękkie i opływowe formy tworzą wrażenie całkowitego wyciszenia. Kolekcja jest trudna w odbiorze, wymagająca i choć stosunkowo prosta w realizacji, to jednocześnie bardzo awangardowa. Dla mnie o tyle cenna, że stanowi rzadki punkt wyjścia do dialogu na linii projektant-odbiorca. Motyw bagażu, który jest nierozerwalnie złączony z ubraniami może symbolizować naszą podróż przez życie. Niezależnie od sytuacji zawsze niesiemy ze sobą sumę wspomnień, towarzyszących nam w dobrych i złych sytuacjach. W kolekcji pojawiły się elementy, które podczas obrad były dla mnie niezrozumiałe. Na przykład aplikacje wyszywane koralikami, małe frędzelki i inne ozdoby, które wcale nie upiększają projektów. Teraz  myślę, że one również symbolizują fragmenty przeżyć, które dosłownie do nas przywierają. Z wiekiem zyskujemy mądrość, pokrywamy się warstwami doświadczeń i ta warstwowość również zamanifestowała się w kolekcji. Kolekcja Dominiki jest pod pewnymi względami jedną z najlepszych nie tylko na scenie OFF ale i na całym Fashion Weeku. Warto też przypomnieć, że jest to kolekcja dyplomowa, dlatego tym bardziej zasługuje na docenienie. Nie wiem jakie są plany projektantki, ale wydaje mi się, że część tych projektów i pomysłów można z powodzeniem przetransportować na rzeczy odrobinę bardziej sprzedażowe. Chociaż idealną sytuacją byliby kolekcjonerzy i wyrobieni, ambitni klienci, dla których moda to nie tylko ubranie, ale i emocja. Zapamiętajcie dobrze Dominikę, ten rodzaj wrażliwości i nie zdarza się często.

.

Thunder Blond – Maciek Banasiak

Poprzedni pokaz Maćka był jednym z najlepszych FW-owych debiutów. Nic więc dziwnego, że w tym sezonie oczekiwania publiczności były ogromne. To, że Maciek chciał sprostać tym oczekiwaniom było widoczne od początku, aż do samego końca pokazu, który można określić jednym słowem – totalny. Na wstępie obejrzeliśmy film wprowadzający, w którym główną rolę grało nagie ciało modelki. Pokaz podzielony został na trzy niezależne segmenty, które łączyła konsekwencja projektów i symbolika powtarzających się haftów, z których Thunder Blond tworzy swój znak rozpoznawczy. Bardzo rozbudowana kolekcja „75000 Adinkra” była zainspirowana malarstwem Basquiata, jak również mniejszościami narodowymi i wyznaniowymi zamieszkującymi Paryż. Nie da się ukryć, że cała kolekcja jest przepełniona egzotyką. Pojawiają się akcenty inspirowane Afryką i Islamem. Kolekcja, jak na OFF-owe standardy, jest bardzo rozbudowana. Jednak zróżnicowanie w fasonach i materiałach było na tyle duże, że nie pojawiła się w niej nużąca powtarzalność. Maciek miesza w tym sezonie sportową użytkowość, każual i projekty, które zatracają funkcjonalność na korzyść estetyki i spektakularności. Moim ulubionym segmentem był zdecydowanie czarno-złoty, w którym projektant zachwyca pomysłowością i detalem. Niezwykłe wrażenie wywierają fantastyczne nakrycia głowy. Połączenie czerni i złota nadało tym sylwetkom niemal elegancki wymiar. Nie zabrakło również wojowniczego kontekstu, który znamy z poprzedniego pokazu. Panterka moro ma jednak odwrócone znaczenie. Przestaje być kamuflażem i staje się jego przeciwieństwem. Model nie ukrywa się, jest wręcz na celowniku naszych spojrzeń. To wrażenie zostaje podbite przez hafty, które mogą być zarówno celownikiem jak i symbolem solarnym. Element kostiumowości chwilami stawał się zbyt intensywny. W trakcie pokazu odczuwałem wrażenie lekkiego „przeładowania”. Jest to specyficzny przypadek, kiedy oglądamy zarówno maksimum treści, jaki i maksimum formy. W całym tym bogactwie momentami zatracał się człowiek, a na pierwszy plan wychodziła tylko fantazja projektanta. Nie mam śmiałości powiedzieć, że jest to wada, bo tego typu kolekcja w naszym kraju to nadal rzadkość. Przygotowanie podobnego pokazu wymaga nie lada odwagi i choćby za to bardzo Maćka szanuję. Zgodnie z moją teorią, trzecia kolekcja klaruje wizję projektanta i weryfikuje jego możliwości. Czekam wobec tego na trzeci sezon. Jedno jest pewne – Thunder Blond na pewno znowu nas zaskoczy.

.

Monika Gromadzińska

Po zeszłorocznym pokazie Moniki zostały mi w głowie ciepłe wspomnienia. Ciekawa, lekko ironiczna kolekcja nawiązująca do arkadowych gier była dobrym Off-owym debiutem. Na kolejnej edycji Moniki zabrakło (nie znam przyczyn). Podczas tego FW-u projektantka wróciła z następną, o wiele bardziej dojrzałą propozycją. Progres jest ogromny i choć jest to kolekcja, w której efekt wizualny znów gra pierwsze skrzypce, to efekt jest dużo ciekawszy. Propozycje Moniki należą do gatunku intrygującej awangardy, która sprawdzi się w przypadku osób lubiących i nie bojących wyróżniać się z tłumu. Na pierwszym miejscy stoi struktura. Architektoniczne formy, plisowania i pikowania tworzą świetny efekt objętości, która manipuluje sylwetką i nadaje jej bardzo konkretny, geometryczny kształt. Ostre cięcia dodają projektom agresywności i sprawiają, że sztywne rękawy stają się funkcjonalne. W kontrze stoją miękkie doły – ogromna spódnica z futra czy luźne, marszczące się spodnie. Monochromatyczne sylwetki (białe i czarne stylizacje „totalne”) są dalekie od nudy, szczególnie biały zestaw, który kojarzy się zazwyczaj z kiczem, w tym przypadku nie miał z nim nic wspólnego. Na uwagę zasługują również detale – nitowania (na przykład w spódnicy maxi) i dekoracyjne suwaki ujęte w kształt krzyża. Metaliczne elementy i porządne akcesoria (daszki i torebki) dopełniają całości. Jest to również jedna z niewielu kolekcji na FW-ku, która w jakikolwiek  sposób realizuje idę fasonów „maxi”. Świetna, pełna i nowoczesna kolekcja.

.

Sobota

Ima Mad

Jestem absolutnie prze-za-ko-cha-ny zarówno w kolekcji jak i w samym pokazie Ima Mad. Projektantki umiejscowione poza szablonem, stworzyły kreację, która łącznikiem mody i sztuki. Kolekcja „My Name Is Saint Lucia and I would Like To Ask What Have You Done With My Eyes” ygląda niczym plastyczny twór, ulepiony ze ścinków i fragmentów porozrzucanych po podłodze pracowni. Taka niby-śniegowa kula, która tocząc się zgarnia wszystko co spotkana swojej drodze – skrawki materiałów, pompony, oczy dla pluszowych zwierzaków. Efekt nie ma jednak w sobie nic z przypadkowości. I nieważne czy projektantki robiły to instynktownie lub deliberowały godzinami nad pozycją każdego kwadratu w patchworkach i kolorowego pompona w aplikacjach. Każdy element tej kolekcji wygląda jakby był dokładnie tam, gdzie powinien być. Kolekcja jest niezwykle malarska, lekko naiwna. Ale jest to celowa zabawa konwencją. Właśnie na styku tej lekko folkowej naiwności powstały ubrania, które są i awangardowe i użyteczne. Każdy element tej kolekcji można założyć i z powodzeniem wystylizować. Ubrania wyjęte z kontekstu total look-ów są całkowicie funkcjonalne. Cały pokaz przypominał performance na pograniczu rytuału. Choreografia, w której modelki najpierw szły do przodu a później się cofały, tajemnicza postać stojąca na środku wybiegu, która przypominała totem, kaplicę z wotywnymi kwiatami, których stos leżał na podłodze. Świętej Łucji wyłupiono jej piękne oczy, a ona nadal widziała. Nasze oczy ciągle są na miejscu. Były jednak światkami niezwykłego pokazu, który garściami czerpie ze sztuki performatywnej, mody i mistycyzmu. Brawo!

.

Ola Bajer – Bola

Bola po raz kolejny pokazuje swoje przywiązanie do geometrii i odnajdywania rytmu w prowadzonych przez siebie liniach. Głównymi bohaterami najnowszej kolekcji są: autorski nadruk składający się z abstrakcyjnego wzoru zbudowanego z trójkątów i modułowe przeszycia, które znamy z poprzedniej kolekcji. Ten swoisty patchwork jest zrobiony niezwykle kunsztownie. Ubrania pozszywane z małych kawałków materiałów dobrze trzymają formę. Urozmaiceniem stały się futrzane aplikacje. Niestety pojawiają się tylko w kilku sylwetkach i bardzo żałuję, że nie zostały dalej rozwinięte. Ten materiał aż się prosi o futrzaną kurtkę czy płaszcz, które mogłyby podnieść ten sezon o oczko wyżej. Kolekcja jest bardzo każualowa i co ważne – w pełni funkcjonalna. Kilka akapitów powyżej wspominałem, że jedni za pomocą mody szepczą, niektórzy mówią, a jeszcze inni krzyczą. Ola plasuje się między pierwszą a drugą grupą. Jej kolekcje są bardzo świadome. Mimo braku spektakularności, jasno pokazują, jaki kierunek obrała sobie projektantka. Mało efekciarstwa, dużo efektu. Nie będę ukrywać, że poprzednia kolekcja podobała mi się bardziej. Jestem jednak daleki od stwierdzenia, że ten sezon jest zły. Mógłbym trochę narzekać na brak koloru, bo coś mi mówi, że Ola doskonale sobie z nim radzi, ale nie będę, bo to w końcu sezon zimowy i również rządzi się swoimi prawami. Jeśli mam wystosować jakiś poważniejszy zarzut to dotyczy on stylizacji. Ten aspekt zdecydowanie wymagał większego nakładu pracy. Nie dajcie się jednak zwieść zdjęciom, które są fatalne. Te rzeczy absolutnie trzeba oglądać z bliska, wtedy ujawniają cały swój potencjał i potęgę detalu. Sportowa, niebanalna moda autorska ma największe szanse na sprzedaż w naszym kraju. Bola w pełni i na wysokim poziomie realizuje ten zamysł. Byle tak dalej!

.

Herzlich Willkommen

Kolejna marka, która świetnie rozwija się z sezonu na sezon. Herzlich Willkommen coraz bardziej odchodzi od konwencji mody lifestyle-owej, koncentrując się na konstrukcji, wprowadzaniu nietypowych materiałów i szukaniu nowych rozwiązań. W tej kolekcji najbardziej urzekły mnie przeskalowane nadruki, które tworzyły wrażenie złudzenia optycznego – pikowania i dziania. Oszustwo jest doskonałe, dowcipne i zaskakujące. Wydaje mi się, że jest to świetny kierunek dla dziewczyn, któremu powinny poświęcić najwięcej uwagi. Motyw nadruku jest im doskonale znany i widać, że mają w tym temacie wiele do powiedzenia. W kategoriach żartu rozpatruję też ogromne, plastikowe suwaki, które są naiwne ale w kolekcji o tak dużym poziomie dystansu i bezpretensjonalności, sprawdzają się świetnie. Kolejnym świetnym detalem były aplikacje z pikowań, które, co ciekawe, są jakby niedokończone. Pojawiają się na fragmentach spodni czy połach kurtek i stopniowo zanikają. Wyjątkowo udany i bardzo oryginalny pomysł. Paleta jest wręcz ikonicznie zimowa – szarości, czernie, grafity, złamane biele, błękit. Również fasony są bardzo sezonowe, jest to jedna z niewielu kolekcji, w których pojawiły się na przykład kurtki puchowe. Całość jest podana w bardzo przystępny i oryginalny sposób, prezentując  100% użytkowości. Marka opiera się na ciekawych, unikalnych pomysłach i atrakcyjnych cenach, dlatego można jej wybaczyć pewne braki jeśli chodzi o jakość odszyć i tkanin. Cenną umiejętnością projektantek Herzlich Willkommen jest również tworzenie rzeczy, które bez najmniejszego problemu można wyjąć ze stylizacji pokazowych i wkomponować we własną garderobę. Z pewnością czekam na kolejny sezon Herzlich Willkommen, jestem bardzo ciekaw jakie sztuczki znów zastosują, żeby znów nas trochę „oszukać”!

.

Paulina Plizga

Po nieco gorszym sezonie, Paulina Plizga wraca ze zdwojoną mocą. Jej najnowsza kolekcja to spektakularny popis kunsztu krawieckiego i estetycznego. Paulina łączy fragmenty przepięknych tkanin, zestawia pozornie niepasujące do siebie faktury i desenie, maluje nimi ubrania tworząc unikalny produkt, który stanowi syntezę artystycznej wrażliwości i mody. Fasony są raczej proste, cała siła tych strojów leży właśnie w plastyce i kreatywności wełnianych, jedwabnych i bawełnianych patchworków. W tym sezonie Paulina sięgnęła również po estetykę orbitującą na pograniczu kiczu. Połączenie różu i czerni jest bardzo kontrowersyjne i trudne, a w tej kolekcji broni się od początku do końca. Cieszy mnie fakt, że Paulina odeszła od teatralności w swoich pokazach. Jej ubrania są tak bogate w detale, że każdy dodatkowy akcent był niepotrzebnie rozpraszający. Tym razem w komfortowych warunkach mogliśmy się skupić całkowicie na jej modzie i w skupieniu chłonąć wszystkie, piękne szczegóły.  Do plusów należy również zaliczyć stylizacje i charakteryzację. Modelki „podduszone” włosami oplatającymi ich głowy i szyje to płynne przeniesienie charakterystyki tych ubrań, które zdają się otulać ciało człowieka. Następuje tu pewien paradoks, bo moda Pauliny jest trochę niezależna od osoby, która ją nosi. Nie przytłacza, ale nie gra też drugich skrzypiec. Jest osobnym bytem, który koegzystuje z człowiekiem w pełnej równowadze. I właśnie ta równowaga jest bardzo intrygująca. Moda która w swojej istocie jest awangardowa, ale która nie przebiera, tylko ubiera.

.

Wnioski

Wniosek jest (chwilowo) jeden. Była to najlepsza edycja OFF-owej sceny w historii Fashion Week-u. Więcej, scena OFF była w tym roku nieporównanie lepsza od Designer Avenue, o której będzie następny wpis. Niestety, jak zawsze zabrakło poważnej prasy, zabrakło też większej ilości miejsc, przez co nie wszyscy mogli się dostać na pokazy. Chwilowo odczuwam tylko i wyłącznie zwątpienie, bo to właśnie projektanci, o których piszę powyżej mają możliwość wprowadzenia w naszym kraju nowej jakości. Nie nudnej konfekcji, nie czerwonodywanowych szmat, ale prawdziwiej, wibrującej mody z krwi i kości. Chciałbym, żeby organizatorzy i ludzie teoretycznie interesujący się modą, posłuchali tego co mają do powiedzenia, stworzyli im stabilne warunki rozwoju. Niestety, mam niedające mi spokoju poczucie zażenowania, irytacji i złości. Wydaje mi się, że coś znowu nie zadziałało, zostało niedopilnowane albo całkowicie zignorowane. Boję się, że ci zdolni ludzie nie będą wracać na kolejne edycje a FW, a wtedy całe to przedsięwzięcie straci bardzo cenny aspekt. Jaki? Modę! Głowę mam pełną myśli wręcz katastroficznych. I nieustające wrażenie, że tak naprawdę, to mamy to wszystko w dupie. Nie lubię być wulgarny, ale tym razem ciężko się powstrzymać. Jeśli kogoś uraziłem, to trudno. Przepraszać nie zamierzam.

I tym przygnębiającym wnioskiem kończę dzisiejszy wpis, na koniec dodając tylko jedno zdanie – jestem niezwykle dumny, że miałem możliwość współtworzenia tego programu.

Tobiasz Kujawa

Freestyle Voguing

freestylevoguing@gmail.com

PS. Interpunkcja jak zawsze „sobie a muzom”

PS2. Wnioski na temat nowego miejsca OFF-ów, jego zalet i wad, będą oczywiście, ale dużo później.

Advertisements

komentarzy 17 to “Fashion Week Poland FW 2013. OFF na Salonach, czyli Pałacowe Opowieści”

  1. Kas Kwiecień 23, 2013 @ 21:11 #

    Ależ srebrne akcenty się pojawiły! Na zdjęciach brak, ale serio były i to na 6 sylwetkach. Ostatnia full szara jest srebrna jakby się tak z bliska przyjrzeć 😀

    Dziękuję za recenzję. Za uwagi i za pochwały!

    Lubię

  2. COCKY.pl Kwiecień 23, 2013 @ 22:36 #

    Cóż można dodać..byliśmy po raz pierwszy i chcemy wrócić jesienią. Nie straszne nam spoglądanie zza drzwi. Warto obserwować projektantów, ich rozwój i to co wnoszą do mody Polskiej. Z większością recenzji się zgodzę. Scenę OFF określiła bym jako ostrząca apetyt.
    Ps. Miło widzieć osobę z pierwszego rzędu tak bardzo zaangażowaną w to co się dzieło, w takich siła!!

    Lubię

  3. Harel Kwiecień 24, 2013 @ 11:10 #

    Tym razem czytałam na raty.
    Brawo, Tobiasz!
    Mam te same strachy ze swoim notesem. I absolutnie bym nie chciała, żeby ktokolwiek go dorwał. To są sprawy między mną a nim. Tylko i wyłącznie :).
    Niestety dotarłam do Łodzi na tyle późno, żeby załapać się tylko na końcówkę Offów. Ale to, co zobaczyłam, pozytywnie zaskoczyło. Ima Mad boska po prostu. Nie tylko obiektywnie, ale też tak całkiem osobiście, kobieco. Będę nosić – to pewne.
    Pauliny Plizgi wciąż nie mogę do końca zrozumieć, co nie znaczy, że nie doceniam. Chyba po prostu za mało fachowo do tej mody podchodzę, może dystansu nie umiem czasem złapać.
    Wracając do Twoich przemyśleń, smutna to refleksja, ale może przyniesie jakieś nowe działania w lepszą stronę? Mam nadzieję.

    Lubię

  4. jo.chic Kwiecień 24, 2013 @ 13:29 #

    Kolekcja Dominiki Cybulskiej rzeczywiście bardzo ciekawa. W kwestii wniosków, niestety całkowicie się zgadzam. Moda jest na łódzkim (pseudo) Fashion Weeku stawiana na ostatnim miejscu. A może i więcej prasy by się zmieściło gdyby nie sami pracownicy produkcji FW, którzy zasiadali w pierwszym rzędzie. No cóż, nieciekawie to wygląda niestety. Uwielbiam czytać Twoje recenzje, bo w końcu ktoś pisze o modzie i to po polsku (a nie po polskiemu)… Tylko ten „Muzułmanizm” mnie zastanowił…

    Lubię

    • Freestyle Voguing Kwiecień 24, 2013 @ 13:34 #

      Jesteś drugą osobą, która zwróciła mi uwagę na to słowo. Zamieniłem na Islam, ale nadal myślę, że to nie był błąd.

      Niemniej, dzięki za miłe słowa. Co do prasy, to żeby się zmieściła, to najpierw musiałaby przyjechać. Ludzie narzekają na blogerki w pierwszych rzędach, a ja wiem, że skoro sama prestiżowa, magazynowa branża nie interesuje się tym wydarzeniem, to nic dziwnego, że blogerki przejmują ich rolę.

      Lubię

      • jo.chic Kwiecień 24, 2013 @ 13:39 #

        Masz racje… Mysle, ze wynika tez to troche z tego, ze ELLE jest glownym partnerem imprezy… Polaczenie imprezy z konkretnym tytulem sprawia, ze reszta pewnie niechetnie sie pojawia… Juz o sponsorze w postaci Orsay nie wspominam… No niestety, zarzutow jest sporo…

        Lubię

  5. JKP Kwiecień 24, 2013 @ 14:04 #

    Bardzo ciekawe recenzje. Chciałam tylko zaznaczyć, że korony z pokazu HANGER nie były złote tylko srebrne. A kolory jakie przedstawiłeś czyli pomarańcz i brąz też się nie pojawiły – faktycznie była to czerwień i burgund. Pozdrawiamy my, projektantki trzy 🙂

    Lubię

    • Freestyle Voguing Kwiecień 24, 2013 @ 14:38 #

      I cóż mogę napisać.Korony świeciły na złoto, może to kwestia oświetlenia. Co do kolorów, rzeczywiście trafniejsze byłoby opisanie ich jako: burgund wpadający w brąz i czerwień o pomarańczowym odcieniu.

      Lubię

  6. Golden Dust Kwiecień 24, 2013 @ 15:38 #

    Biżuteria z nabojów do kolekcji Kamila Sobczyka została zaprojektowana przez Karoline Kajce z Golden Dust https://www.facebook.com/GoldenDustStuff
    Pozdrawiam 🙂

    Lubię

  7. OutgoingTaste Kwiecień 24, 2013 @ 21:33 #

    Bardzo dobrze się ciebie czyta! To czego od dawna mi brakowało to prawdziwej recenzji takich eventów, jak tylko mam czas to też coś nabazrgam, ale na tematy modowe brakuje mi blogów w których oprócz oglądania da się też poczytać.
    Pozdrawiam,
    http://www.outgoingtaste.wordpress.com

    Lubię

  8. Ania Kwiecień 25, 2013 @ 14:55 #

    Po poprzednim Fashion Weeku bardzo czekałam na tegoroczny pokaz Boli. Na wybiegu kolekcja wyglądała super, dobre printy i fajna oprawa. Potem poszłam do showroomu i chciałam kupić jedną z koszulek, ale po zobaczeniu ich z bliska odpuściłam. Dekolty właściwie wycięte nożyczkami, bez jakiegokolwiek wykończenia, szwy na ramionach poprawiane ręcznie inną nicią… Ja rozumiem wizję artystyczną i może tak miało być, ale jednak nie zapłacę 90zł za koszulkę, która już na wieszaku się pruje…

    Z kolei jedna z najlepszych kolekcji OFF-ów – Herzlich Willkommen nie miała żadnego stoiska w strefie Showroom, duża szkoda.

    Lubię

    • Freestyle Voguing Kwiecień 25, 2013 @ 15:08 #

      Myślę, że wybiegowe sylwetki (czyli tak zwane wzory) rządzą się swoimi prawami. Lepiej chwilę odczekać i zamówić koszulkę normalną drogą. Wiele razy już mnie wyganiali z backstage’ów na pokazach popularnych polskich projektantów bo wdzierałem się między wieszaki i robiłem zdjęcia.Czasami niektóre elementy kolekcji są robione na ostatnią chwilę.

      Lubię

      • k. Kwiecień 26, 2013 @ 11:31 #

        Wydaje mi się, że w sekcji showroom, która to podczas fw służy głównie jako sklep nie powinny się znaleźć niewykończone szmaty, tym bardziej odszyte w kilku egzemplarzach. I nie jest to kwestia sampli pokazowych tylko zwyczajnie złej jakości wykonania i w tym wypadku jak i parwie identycznych ubran Odio (które wraz z bola sprzedawane były na niemal jednym wieszaku) koszmarnej jakości bawełny która po praniu (ręcznym) kurczy się i wygląda fatalnie. Wiem bo już raz się zawiodłam na tych ubraniach, i z tego co wiem wśród znajomych nie tylko ja.

        Lubię

    • bola Kwiecień 26, 2013 @ 11:51 #

      koszulki kosztują 70 zł 🙂 nie prują się od razu i po praniu jest to też mało prawdopodobne, wykończenia są surowe od dawna, zabezpieczane ( nie ręcznie! chyba musiałabym oszaleć !:P ) i nie było jeszcze nigdy żadnej skargi lub reklamacji na temat szycia, chyba tyle, zapraszam na targowiska w warszawie gdzie zawsz esie pojawiam , odpowiem chętnie na wszystkie pytania 🙂

      Lubię

  9. modologia Kwiecień 25, 2013 @ 20:56 #

    No prawie tak jakbym tam była – dzięki za recenzję 🙂 Jako przedstawicielka ludzi „teoretycznie interesujących się modą” naprawdę zastanawiam się, jak tu wrzucić młodych zdolnych do swoich wpisów, ale unikając pisania recenzji – bo to mnie po prostu przerasta, albo inaczej: lepiej czuję się w książkach.

    A tak poza tematem: poniżej wpisu, a nad komentarzami, pojawia się u mnie pstrokata reklama „Lucky Lady’s Charm” i opcja zagrania na jednorękim bandycie – sam wybierałeś, czy po prostu net tak odczytuje moje preferencje i sam mi wkleja? 😉

    Lubię

    • Freestyle Voguing Kwiecień 25, 2013 @ 21:39 #

      WordPress niestety zmusza mnie do kolejnej inwestycji – żeby pozbyć się reklam muszę im zapłacić. A na ich treść nie mam niestety wpływu.

      Dzięki za dobre słowa!

      Lubię

Trackbacks/Pingbacks

  1. 2013 w Słodko-Gorzkiej Pigułce | Never Ending Freestyle Voguing - Styczeń 6, 2014

    […] w swoich projektach deklarację i energię. O scenie OFF na sezon Jesień/ Zima 2013 przeczytacie tu, a o pokazach na sezon Wiosna/Lato 2014 tu. Kolejna edycja FashionPhilosophy Fashion Week Poland […]

    Lubię

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: