Archiwum | Lipiec, 2013

Bo do tanga trzeba dwojga, czyli historia pewnej nienawiści (z modą w tle)

25 Lip
Ilustracja - Marta Tomczyk / https://www.facebook.com/martatomczykblogspot

Ilustracja – Marta Tomczyk / http://www.facebook.com/martatomczykblogspot

Przychodzi baba do lekarza… A nie, wróć! Ja przecież nie o tym. Zacznijmy więc jeszcze raz.

Przychodzi klient do Zary, a tam sprzedawca. Bum! Ot, cały dowcip. Powiecie, że nieśmieszny? I bardzo dobrze, bo  temat który poruszam ma niewiele wspólnego ze śmiechem. Spokojnie, trochę radości mimo wszystko się pojawi. Jednak dziś będę głównie opowiadać o chamstwie, pretensjach, walce energii, braku życzliwości i leserstwie. I to nie tylko w kontekście hiszpańskiej sieciówki. Oj wiem, wiem…  Uczepiłem się tej Zary niczym rzep psiego ogona, ale przecież nie tylko o niej będzie mowa. Po prostu z pewnych nieodgadnionych względów, Zara stała się dla mnie synonimem konfliktu na linii klient – sprzedawca, chociaż tak naprawdę jest tylko czubkiem góry lodowej.

Popularne powiedzenie mówi, że człowiek człowiekowi wilkiem. Banał nie z tej ziemi, ale za to okrutnie prawdziwy. Mało jest już ludzi, którzy konstruują niezobowiązujące kontakty międzyludzkie na takich nudnych zjawiskach, jak życzliwość, wyrozumiałość czy sympatia. Oczywiście nie ma co generalizować, bo ciągle istnieją takie świry jak ja, co każdej pani ekspedientce powiedzą dzień dobry, zapytają się o humor, zauważą zmianę fryzury, zagadają o pogodę albo wysłuchają niezbyt ciekawych plotek o innych klientach. Według mojej rodziny już jako dziecko czarowałem każdą sprzedawczynię w zasięgu wzroku, więc mogę śmiało powiedzieć, że leży to w mojej naturze. Jeśli ktoś ma ochotę uznać, że byłem (i nadal jestem) małym zmanierowanym ekscentrykiem, to droga wolna. Tę tezę potwierdza zresztą więcej przykładów. Wyobraźcie sobie, że przez kilka pierwszych lat ledwo raczkującej, ale coraz większej świadomości, byłem przekonany, że skoro ja widzę w telewizorze panią prezentującą wiadomości, to ona oczywiście widzi też mnie. Dlatego kiedy pani w szklanym pudełku mówiła „dzień dobry” to ja zawsze grzecznie odpowiadałem „dzień dobry pani”. Chyba nie muszę dopowiadać, że owocowało to mnóstwem zabawnych sytuacji . Zabawnych oczywiście dla nieczułych obserwatorów, ja traktowałem te konwersacje śmiertelnie poważnie. Niemniej, niezależnie od tego czy to dziecięcy ekscentryzm, czy zwykła, banalnie nudna grzeczność, wychodzę z założenia, że każdemu należy się szacunek. Oczywiście pod warunkiem, że dobrze wykonuje swoją pracę. W takiej sytuacji jestem słodki jak plaster miodu, wdzięcznie uhahany i skowronkowo radosny. Jeśli jednak ktoś mi zajdzie za skórę, wtedy na czole rosną rogi i staję się złośliwy. Dlaczego o tym wspominam? Bo na własnym przykładzie staram się odnaleźć mechanizmy, które rządzą relacjami między klientem a sprzedawcą. I to w dość specyficznym miejscu, jakim jest sklep z ciuchami. Katalizatorem tego wpisu było pytanie, które zadałem na facebooku, a które dotyczyło zachowania ekspedientek z Zary. Odpowiedzi były arcyciekawe i co ważne, przedstawiały sytuację z dwóch różnych perspektyw.  Znalazły się również osoby, które broniły pracowników sklepów, a także sami zainteresowani, którzy wykonują ten zawód. Wtedy pomyślałem, że ten temat jest jak złoto, więc grzechem byłoby go nie rozwinąć na blogu. Przy okazji chciałem wam serdecznie podziękować za tonę komentarzy i morze wiadomości z rozmaitymi historiami, które spłynęły na moją pocztę! Zaczniemy od perspektywy pracownika sklepu. Nie mam zamiaru stosować żadnej gradacji, o kolejności zadecydował rzut monetą. Wielbicieli teorii spiskowych serdecznie przepraszam. Wińcie ślepy los.

Czytaj dalej

Google’s Eleven

3 Lip

google

Zrobiło się ciepło, więc moim umysłem zawładnął leń nie z tej ziemi. Walczę z nim, owszem, walczę całą siłą moich wątłych ramion, ale jest to wyjątkowo nierówna walka. Intelektualnie wykrwawiam się do cna dla Qelement i jak pomyślę, że mam pisać jeszcze więcej mądrych rzeczy, to robi mi się trochę słabo. Lato jakoś wybitnie nie sprzyja kreatywności. Zamiast pisać wolałbym leżeć w ogródku pomiędzy krzaczkami poziomek i okazałymi pokrzywami, myśląc o czymkolwiek, a najlepiej nie myśląc kompletnie o niczym. Jawi mi się to jako jeden z najbardziej nieosiągalnych komfortów życiowych. Zauważyłem nawet pewną regułę – im jestem starszy i mądrzejszy, tym bardziej chciałbym być głupszy. Serio. Ciągle utwierdzam się w przekonaniu, że głupim ludziom jest w życiu o wiele łatwiej. Bezrefleksyjność i tępota, to prawdziwe błogosławieństwa. Zasada jest prosta – jak człowiek nie wie, to nie żałuje i generalnie jest mu w życiu łatwiej. Poza tym nie dotyka go ten niesamowity bezmiar nieskończenie głębokiej ignorancji, która manifestuje się w każdej dziedzinie naszej marnej egzystencji. Konfrontacja z tą czarną przepaścią jest niestety bardzo bolesna. Jak sobie z tym radzić? Według mnie najlepiej śmiechem. Dlatego absolutnie wielbię Kathy Griffin, dla której nie istnieją żadne świętości. Ta cudowna istota jest w stanie sprowadzić absolutnie każdą, nawet najwznioślejszą myśl, ideę czy postać, do poziomu wesołego błota. Czy to źle? Nie! W tych naszych neopurytańskich czasach, pełnych sztucznych uśmiechów, syntetycznej grzeczności, nic nie znaczących komplementów i powszechnie panującego dziurawego dziewictwa, mądrzy ludzie, ze zdrowym dystansem do świata, potrzebują wentyla bezpieczeństwa. I takim właśnie wentylem jest radosny cynizm. Gdyby nie on, przyszłoby nam zwariować. Nie ma lepszej metody. Albo inaczej – ja nie znam lepszej metody.

Wstęp się przedłuża, a my oddalamy się od meritum, które łączy w sobie kilka aspektów, które poruszyłem powyżej. Szczególnie głupoty, która wiedzie ludzi do nieumiejętnego zdobywania informacji. Zapraszam więc do tradycyjnego już przeglądu najciekawszych, najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych przekierowań z wyszukiwarki Google do Freestyle Voguing. Oczywiście, jak zawsze zachowuję smakowitą, oryginalną pisownię.

Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: