Archive | Maj, 2015

Project Runway Bez Majtek: Statyczna Dynamika

27 Maj

bm

Konichiwa Bitches, jak to śpiewała cudowna Robyn. W dziesiątym odcinku wścibska kamera Project Runway zabrała nas w daleką podróż do dynamicznej Japonii. Przez Hiszpanię. Nie pytajcie, po dziś dzień nie rozumiem tej idei. Tematem przewodnim był samochód marki Mazda i nieokreślona dynamika. Zadanie tradycyjnie utonęło w niejasnych wytycznych, które każdy uczestnik zinterpretował tak, jak mu wyobraźnia podpowiedziała. Czyli w większości przypadków źle, a nawet bardzo źle. Nikt w tym programie nie był do końca pewny, co miało być właściwą inspiracją i do czego miała ona zaprowadzić. Już na samym początku odcinka projektanci zostali wysłani wprost do Barcelony. W tym fantastycznym mieście, pełnym galerii, muzeów i zabytków trafili do… Sklepiku z pstrokatymi materiałami, podobno importowanymi z Japonii, choć złośliwi mogliby stwierdzić, że prędzej z Chin przez Japonię.

Sklep Ze Śmiesznymi Rzeczami

Czytaj dalej

Project Runway Bez Majtek: Wydanie podwójne, syzyfowe i bardzo wulgarne

4 Maj

bm

Ostatnio mam wrażenie, że wszystko co można było napisać o tym programie, zostało już przeze mnie napisane. Dlatego przez dwa tygodnie biłem się z myślami, czy warto kontynuować ten cykl, szczególnie w jego obecnej formie. Po pierwsze – mam wrażenie, że od dłuższego czasu nieustannie klepię to samo, a ocieranie się o banał i powtarzalność, jest dla mnie destrukcyjne, a nawet zabójcze. Po drugie – jeśli przygotowanie publikacji #PRBM trwa dłużej, niż czas, który uczestnicy mają na wykonanie zadania, a efekty tej pracy są niewspółmierne, to okazuje się, że po półtora sezonu nawet ja mogę stracić cierpliwość do stukania palcami w klawiaturę. Całe to zamieszanie, drama, chamstwo i ignorancja byłyby znośne, gdyby stały za nimi ciekawe i kreatywne ciuchy. Naprawdę, to wystarczy. Niestety, polska edycja nie spełnia tego minimum. Dlaczego? Bo pierwszy sezon skutecznie odstraszył każdego zdolnego projektanta, który sensownie myśli o swoim wizerunku i nie chce być kojarzony z tą marką. Nawet 100 tysięcy złotych nie jest wystarczającym lepikiem, bo owszem, mogą one zapewnić 2-3 lata stabilizacji, ale łatka „Projektant z Project Runway” zostanie na zawsze. Uprzedzam wszystkich lojalnie, że dzisiaj zamierzam się (dosłownie) wyrzygać, a kto myślał, że do tej pory się nie ograniczałem, tego czeka zaskoczenie. Kilka rzeczy leży mi na żołądku, a ponieważ nie lubię się męczyć samotnie, to dziś będę opróżniać trzewia praktycznie na waszych oczach. Nie jest wesoło moi drodzy, oj nie jest. Każdy kolejny odcinek niesie ze sobą rozczarowanie i irytację, sprawiając, że widzowie stają się świadkami farsy, z modą w postaci bohaterki drugoplanowej, którą spora ekipa oprawców obdarzonych syzyfową skutecznością, morduje i gwałci dokładnie co tydzień. Pech Syzyfa sprawia, że jego katorga będzie trwać wieczność. I tu objawia się nieoczekiwany atut Project Runway, który jest całe szczęście formą mocno ograniczoną, posiadającą z góry zaplanowaną ilość odcinków. Kara, która ma swój początek, rozwinięcie i koniec, jest z pewnością bardziej znośna, od tej pozbawionej ram, wyznaczonych przez kalendarz. Przynajmniej możemy wyczekiwać jej końca, który jest pewny. Ileż to będzie powodów do radości! Na przykład koniec słuchania jury pełnego pajaców. Oczywiście sprawa nie przedstawia się tak różowo. Najlepszym przykładem niech będzie zeszłotygodniowa prezentacja La Manii, która przypominała skrzyżowanie prezentacji ramówki TVNu z polską wersją Żon ze Stepford, która w naszym przypadku brzmiałaby „Żony z Konstancina”. Tak, to był #diss. O tym wydarzeniu napiszę niedługo osobny tekst, a dzisiaj dodam tylko, że z mojej perspektywy było arcyzabawne, bo gdzie by się nie postawiło kroku, tam już czekał tabun fotografów (ilość fotoreporterów była porównywalna do ilości gości) i jakieś medialne cudeńko, oczywiście w centrum atencji obiektywów, na przykład Woliński (podobno projektant, chociaż jego media społecznościowe prezentują zupełnie inny kierunek), Tyszka, Rubik, Ossoliński, Jastrzębska, Magdalena Ogórek (sic), a na deser (smakowicie kaloryczny) Gosia Baczyńska. Boże, ta Gosia, cóż to za maestria osobowości i dyskrecji. Wiecie, po co warto chodzić na takie spędy? Wiadomo, że nie dla mody. Raczej dlatego, że można być świadkiem naprawdę zabawnych sytuacji. Na przykład wypowiedzi Gosi Baczyńskiej, która w kameralnym towarzystwie (rzucając mi co jakiś czas przenikliwe spojrzenie) opisywała swoje wrażenia na temat świeżo obejrzanej kolekcji. Nie chcę tu zdradzać tajemnic konwersacji, w której nie brałem nawet udziału (choć uwikłani byli wszyscy w promieniu 10 metrów, a jedynym warunkiem było posiadanie uszu) ale powiedzmy, że jej ton był utrzymany w manierze wymagającej nauczycielki plastyki, która omawia twórczość jednego z uczniów, zauważając nieznaczny progres na przełomie klasy drugiej i trzeciej. Podstawówki. Całe wydarzenie, utrzymane w klimacie aspiracji do kultowego klubu Studio 54, mogłoby się udać, gdyby nie ta koszmarna maniera budowania fałszywej ekskluzywności. Nie wiem kto się na to łapie, być może klientki-statystki, przystrojone w sukienczyny z baskiną, która powinna być odgórnie zakazana. Nie dziwię im się – nakupowały tych „kreacji” nie wiadomo po co, nie mają gdzie tego nosić, więc stroją się w poniedziałkowy wieczór na zwykłą prezentację odzieży, a później funkcjonują jako tło, na wydarzaniu, gdzie kamerzysta, czy inny wirtuoz aparatu fotograficznego, nie ma absolutnie żadnego problemu, żeby zdzielić je po głowie swoim sprzętem, agresywnie przeciskając się w tłumie do kolejnej gwiazdki, o której będą trąbić kolejnego dnia portale plotkarskie. I tak przez dwie urocze godziny, bo przecież dziennikarz czy bloger może czekać dwie godziny na obejrzenie kolekcji, szczególnie na początku tygodnia. Bo kto by tam pracował we wtorkowy poranek. Dodam tylko, że ani zdjęć, ani informacji prasowej na temat tego wydarzenia nie dostałem po dziś dzień. La Manio! Ja się nie chcę z tobą bawić. Nie widzę powodu, żebyś organizowała mi zakrapianą rozrywkę, rodem z dubajskiego jachtu. Wystarczy kilka modelek i ciuchy. Potem ja piszę tekst i widzimy się za pół roku. A alkoholowe spędy radzę połączyć z wyprzedażą wzorów dla wierniejszych klientek. Być może odurzone procentami jeszcze szerzej otworzą swoje portmonetki.  Partycypowanie w tym schizofrenicznym świecie nie jest proste. Z jednej strony otaczają mnie niezliczone aspiracje do luksusu i sławy. Lepiej, na własnym karku czuję macki tego potężnego stwora, bo podczas wydarzenia zostałem zapytany wprost, czy nie chciałbym zostać celebrytą, bo w moim przypadku to „zaklika”. Tak, dokładnie tego teraz potrzebują media – wykolczykowanego blogera z zamiłowaniem do makijażu, który będzie ględzić o wzornictwie, albo o tym, jak marni są nasi najchętniej promowani projektanci. A kogo obchodzi wzornictwo? Opinia albo refleksja? #Triruriru, podpowiadam – mało kogo. Za to anonimów chętnych do napisania „brzydki pedał” jest wielu. I po co to komu? Tylko po to, żeby dostać kontrakt na firmowanie własną twarzą gównianego serka homogenizowanego, prosto od marki, która łże w oczy na temat jakości i funkcjonalności swoich produktów? A to tylko dlatego, że polskie prawodawstwo jest ułomne i pozwala producentom na kłamstwa? Albo jakiegoś trefnego napoju, który nawet nie stał obok piwa? To ma być cel? Funkcjonowanie jako latawica z chemicznym serkiem homogenizowanym w roli alfonsa? Moda ma być trampoliną do takiego świata? Po moim trupie. Zresztą casus Witkowskiego doskonale punktuje słabość tej metody, nastawionej na szybki i łatwy efekt. Szanowanemu i uznanemu pisarzowi, który przez lata budował swoją pozycję, zachciało się zabawy w modę. Skończył jako propagator nazizmu, odsądzony gremialnie od czci i wiary, z bonusem w postaci atencji prokuratury. O wytykaniu doświadczeń, na podstawie których budował swoją prozę nie wspomnę, bo to zakrawa na kosmiczną hipokryzję. Paradne, w kraju w którym z łatwością można znaleźć swastyki wymalowane na osiedlowych murach, teraz będziemy osądzać blogera, któremu bliżej do Cirque du Soleil niż Waffen-SS. Jak Boga kocham, żyję w kraju dla idiotów. I to nawet nie wesołych idiotów, ale smutnych, szarych i generujących permanentną depresję. Rok w rok moje rodzinne miasto, w imię radosnej rocznicy Niepodległości, jest rozpierdalane na kawałki przez bandę oszołomów, a podstawą dla debaty społecznej staje się nagle wypacykowany bloger! No ale przepraszam, skoro kolejne radosne święto, tym razem 3 maja nie jest świętem Polaków, ale smutnych panów z armii i polityki, to o czym ja w ogóle piszę? USA wywołuje we mnie skrajne emocje, ale prawda jest taka, że Amerykanie potrafią fantastycznie celebrować i jednocześnie monetyzować swoją patriotyczną radość. My jesteśmy perfekcyjni w umartwianiu się. Ale w międzyczasie mieliśmy również kupę śmiechu z tą cudaczną Michaśką, prawda? A do tego złoty telefon od HTC i regularne wizyty w bunkrze znanym jako Vitkac. Ile marek pluje sobie teraz w brody, że skuszone wesołą nowością, powiązały swój wizerunek z tworem, na który Polska nie była i długo nie będzie gotowa? Polaczki, w imię tej nieustannej krzywdy, którą musimy tak mocno przeżywać przez nieskończoną ilość pokoleń, radzę wziąć na radar sezon Spring-Summer. W nim też może się czaić, używając wdzięcznej kalki językowej, jakaś ukryta agenda.

I taki jest właśnie ten nasz haj-lajf. Rozsądni uciekają z kraju, bo wiedzą, że moda w Polsce nie rozwija się odgórnie, a wręcz przeciwnie. Moda powstaje oddolnie, a jej jedyny problem, to brak realnego rynku, a nie talentu. To młodzi projektanci wprowadzają trendy i nowe kierunki, a dinozaury odtwarzają je kilka sezonów później. Poza wyżej wspomnianą Gosią Baczyńską, Mariuszem Przybylskim i Anią Kuczyńską, którzy stanowią crème de la crème w dziedzinie polskich kolekcji wybiegowych. Szczególnie Baczyńska, tworząca modę, której nie uniesie żaden polski czerwony dywan i żadna polska „gwiazda”. To młodzi jeżdżą po świecie, promując polską modę (a nie Ewa Minge, czy Robert Kupisz), często ciułając złotówki na bilet lotniczy, w tym samym czasie, kiedy Anja Rubik, zaklinająca się uprzednio, że polska branża „fashion” jest zbyt mało ekskluzywna, więc topmodelka jej sortu nie będzie tracić czasu na chodzenie w polskich pokazach, występuje później w kampanii producenta plastikowych akcesoriów. Utalentowani twórcy rozwijają się na zagranicznych uczelniach, stażują w pracowniach prestiżowych projektantów i pewnie mądrze zrobią, jeśli nie zamierzają tu wracać. A w międzyczasie TVN snuje swoją fałszywą i destrukcyjną wizję, w której projektowanie ubioru musi posiadać sensacyjny wątek i koszmarny efekt. Gdybyśmy mieli jeszcze w tym wszystkim jakiś wybór. Ale nie – jest tylko jeden program telewizyjny, który jakkolwiek bierze na tapetę wizerunek i pracę projektanta mody. I ktoś się dziwi, że przeciętny Kowalski (nawet jeśli go stać) nie jest zainteresowany autorskim produktem? Ja nie, bo patrząc na te wykwity, sam tracę zainteresowanie. Powiedzcie sami – jeśli program nie szanuje widza i tematu, to jak widz ma szanować osoby, które w tym programie biorą udział? Lepiej – jak się później odnaleźć w tej samej przestrzeni? Na przykład goszcząc u takiej Joanny Przetakiewicz? Czytelnikowi to się wydaje banalnie proste – ot, bloger napisze kilka mocniejszych słów, postawi tę wyczekiwaną kawę na ławę i jest ekstra! #GoTobiasz, kiedy kolejny tekst? Tylko Żabki zapominają, że one kończą temat na przeczytaniu ostatniego akapitu, a w przypadku blogera ten temat trwa dalej i dalej i dalej… A później jest psychoza.

Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: