Łukasz Jemioł Jesień/Zima 2016 – kolekcja ani duża, ani mała

30 Czer

155_LukaszJemiol_230616_backstage_web_fot_Andrzej_Marchwinski_Fashion_Images

Łukasz Jemioł jest wzorowym przykładem projektanta, który potrafi wycisnąć media niczym cytrynę, schrupać pestki, a na koniec wyperfumować się jeszcze skórką, żeby pozostawić jak najmilsze wspomnienie. I to wszystko bez cienia kwaśnej miny. Można go podejrzewać o lekką megalomanię, tym bardziej w kontekście twórców mody, o których powinny świadczyć głównie, jak nie wyłącznie, ich kolekcje, ale w tym przypadku jest to raczej smykałka do interesów i świadomość specyfiki polskiego rynku. Kiedy Jemioł pokazuje w śniadaniówce swoje mieszkanie, to nie dla taniego ekshibicjonizmu, ale dla swoich klientek – dla nieustannego podsycania ich ciekawości, karmienia ich aspiracji. Bo czy można lepiej błysnąć w biurze, na spotkaniu czy rodzinnym spędzie niż w sukience od Jemioła? Tak, „od tego Jemioła”, znanego z telewizji, plotkarskich stron, zdjęć z Magdą Gessler i niezliczoną liczbą innych lokalnych celebrytek? Wpuszczanie widzów do tak intymnej strefy, jaką jest mieszkanie, jest doskonałym przykładem monetyzacji popularności. Podobna akcja koniec końców ma się przełożyć na sprzedaż. Owszem, ktoś złośliwy mógłby wykorzystać cytat odnoszący się do warunków mieszkaniowych projektanta, jego własnego zresztą autorstwa: „moje mieszkanie nie jest ani małe ani duże”, w wielu innych kontekstach. Od tych profesjonalnych, na przykład spekulacji dotyczących talentu projektanckiego, aż po nikczemnie personalne, na przykład wzrostu, szukając przy okazji synonimicznych określeń – bo kiedy coś nie jest ani „duże”, ani „małe”, to zazwyczaj jest „średnie”, a stąd już krótka droga do słowa „przeciętne”. Warto też dodać, że Jemioł ma spore poczucie humoru, bo kto przy zdrowych zmysłach nazywałby cztery nieco umęczone palmy umiejscowione w sypialni „oranżerią”? Ale schowajmy złośliwości głęboko do kieszeni, bo o Jemiole przede wszystkim świadczą jego pokazy, i kto twierdzi inaczej, ten jest najzwyczajniej w świecie głupi.

Prezentacja kolekcji na sezon Jesień/Zima 2017 miała miejsce w budynku, który kilku generacjom Polaków przywodzi na myśl jak najgorsze skojarzenia. Powstała na przełomie lat 40. i 50. siedziba Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w latach 90. zmieniła się w Centrum Bankowo-Finansowe, którego najntisową fertyczność doskonale oddał serial „Czterdziestolatek. 20 lat później”. W jednym z odcinków główny bohater – Inżynier Karwowski, grany przez uwielbianego Andrzeja Kopiczyńskiego, zafascynowany możliwościami, jakie daje inwestowanie w akcje, mimo swojej dość poczciwej natury, zmienia się w rekina, a raczej płotkę finansjery, oczywiście z dość wątpliwymi skutkami. Kwestionowany czar dawnych lat nadal jest obecny w tych monumentalnych marmurowych murach, choć trzeba przyznać, że imponujący dziedziniec, jak i wysokie, niemal nobliwe wnętrza, wyzbyte z okowów nierównej-równości, okazały się doskonałym miejscem na organizację pokazu.

Jemioł w tym sezonie postawił na swoistą demokratyczność, ustawiając w przestronnym korytarzu zaledwie dwa rzędy krzeseł, po dwóch stronach bardzo długiego wybiegu, więc kto miał siedzieć, ten usiadł w pierwszym rzędzie. Liczba zaproszonych gości była rozsądna, przestrzeń klimatyzowana, na zewnątrz czekał dziedziniec, dlatego godzina i czterdzieści minut oczekiwania na pokaz nie była tak dotkliwa, jak mogłaby być. Przy widzach uwijała się piękna i zaradna młodzież z agencji White Noise Event Group, która zdobywa coraz większą popularność dzięki absolutnej kulturze i szacunku do wszystkich gości, nie tylko tych, których kariery dzierży w swoich łapach Pudelek, a podpiera ścianka sponsorska. Chwała im za to.

Referencje pokazu i kolekcji zapowiadało już niezwykle filmowe zaproszenie, stylizowane na szpulę taśmy zamkniętą w klasycznym metalowym pojemniku. Ten klimat podsyciła zarówno scenografia – modelki wychodziły z obiektywu kamery, jak również absolutnie fenomenalna muzyka Krzysztofa Komedy, ujęta w jeden nieprzerwany utwór, za co należą się projektantowi wielkie brawa. Same wrażenia słuchowe sprawiały, że o tym pokazie trudno byłoby pisać w negatywach. Pokaz został zorganizowany przy współpracy z polskim studio filmowym Kadr, posiadającym w swoich archiwach 150 tytułów. Prezentację kolekcji otworzyły więc urywki dwóch obrazów – “Pociąg” z 1959 roku, wyreżyserowany przez Jerzego Kawalerowicza i “Nóż w wodzie” z 1961 roku, w reżyserii Romana Polańskiego. Jak czytelnik może się już domyślać, estetyka lat 60. stała się główną inspiracją dla kolekcji i stylizacji wybiegowych.

Jaki jest więc Jemioł na nachodzącą jesień i zimę? Najłatwiej podsumować tę kolekcję, jako doskonale komercyjną. Łukasz nie sili się na wielkie rewolucje, definiowanie na nowo fasonów czy ciała, schlebiając za to modzie płynnie łączącej uniwersalność z autorskim detalem. Główną osią stała się interpretacja retro estetyk lat 60. w nieco bardziej uwspółcześnionej odsłonie, której zadaniem nie jest tworzenie kostiumu, ale codziennego i chwilami wieczorowego ubioru. Kolekcja, jak przystało na sezon jesienno-zimowy, jest przepełniona przytulnymi dzianinami, mechatymi wełnami, kożuszkami i wielowarstwowymi sylwetkami. Paletę, zbudowaną na mało wyrazistych kolorach – beżach, szarościach, brudnych różach i błękitach, złamanych bielach, melanżach i oczywiście czerni, urozmaica spora dawka deseni – choćby klasyczna pepitka czy uroczy wzór w jamniki, jak i spora dawka dekoratywności, zawartej w zdobionych kokardami i lekko przeskalowanych mankietach, wstawkach z romantycznych koronek, aplikacjach z koralików i doczepianych kołnierzykach, które pojawiały się w dwóch odsłonach – futrzanej i materiałowej, przeszywanej metaliczną taśmą. Nie da się ukryć, że te kołnierzyki są zdecydowanie naiwne, wręcz infantylne, i tak jak w stylizacjach pokazowych mają swoje nawet logiczne uzasadnienie, tak ich walor dekoracyjny jest dyskusyjny, a ich przeniesienie do dorosłej garderoby może się okazać problematyczne, co by nie powiedzieć brawurowe. Podobny detal trudno jest obronić, nie narażając się na efekt pachnący naftaliną, lub poplamiony dziecięcym musem ze słoiczka, co można najłatwiej podsumować jako nieśmiertelną „dzidzię-piernik”. Łukasz nie rezygnuje jednak z nowoczesności, proponuje na przykład wyśmienitą koszulową tunikę, ze skrzyżowanymi w pasie połami materiału, zapinaną na guziki i ozdobioną płytkim kołnierzykiem, pięknie płynącą w powietrzu. Wielbicielki szeroko pojętej nonszalancji, zakochają się w przepastnych dzianych chałatach, przywodzącym na myśl zimowe krajobrazy, grzane wino i błysk  kominka w jakimś dobrym kurorcie. Miejskie klimaty zawarły się za to w wygodnych i eleganckich peleryno-płaszczach, szkoda tylko, że pozbawionych podszewki, przez co „świecących” wnętrzem i konstrukcją głębokich kieszeni. W finałowej sekcji „wieczorowej” Jemioł zaprezentował zaledwie kilka sylwetek, opierających się głównie na przeźroczystościach, w tym wyśmienitą sukienkę zszywaną z fragmentów koronek, której transparentność projektant reguluje liczbą warstw. To zdecydowanie jedna z najbardziej „modowych” sylwetek, choć prosta w środkach, to niezwykle efektowna. W kwestii surowców Jemioł jak zwykle ma szczodrą rękę, dlatego nie zabrakło kaszmiru, moheru, jedwabi i koronek ze znanej francuskiej fabryki Sophie Hallette. Elementu „pop” dodają kolekcji hafty z wizerunkami Lucyny Winnickiej i Leona Niemczyka – prawdziwych legend i ikon polskiej kinematografii. Warto zauważyć, że „haftowane głowy” zyskują coraz bardziej na popularności, w swojej ostatniej kolekcji lansowała je również Ola Bajer, ale w zdecydowanie bardziej artystycznej odsłonie.

Zdjęcia: Filip Okopny / Fashion Images

W kolekcji, jak widzicie na zdjęciach, nie zabrakło również męskich sylwetek, o których prędzej można wspomnieć z kronikarskiego obowiązku niż z faktycznej potrzeby. Mężczyzna Jemioła wyraźnie stanowi dodatek do jego kobiety, akcesorium, a nie autonomiczny byt. O dżinsowych kurtkach, poprawnych kożuchach czy klasycznych płaszczach trudno się rozwodzić czy nad nimi zachwycać. Z tej poprawności na pierwszy plan wybija się zdecydowanie bomberka z futrzanymi mankietami, można powiedzieć, że wręcz awangardowa, jak i czarna sylwetka, stanowiąca przedłużenie poprzedzającej jej damskiej propozycji, składająca się ze szlafrokowego płaszcza, z kontrastowo lamowanymi połami, koszuli w jamniki i spodni w długości 7/8 – ta wizja faceta jest równie ujmująca, co daleka od Polski. Nic więc dziwnego, że Jemioł tak oszczędnie podchodzi do tej materii, której rytm nadal wyznacza u nas stereotypowa męskość ociekająca testosteronem, często synonimiczna z abnegacją, bez cienia detalu, delikatności czy odwagi.

Zdjęcia: Filip Okopny / Fashion Images

Wizaż na wybiegu ewidentnie odzwierciedlał inspirację latami 60. – modelki, za sprawą MAC Cosmetics, miały wymalowaną na powiece solidną jaskółkę, usta ledwo podkolorowane, twarze rozświetlone, a ich fryzury, przygotowane przez ekipę La Biosthetique, nawiązywały do słynnego „wodogłowia”, w tym przypadku, co warto dodać, zrealizowanego bez dosłowności. To raczej impresja, niż odtworzenie. Sylwetki pokazowe zostały wystylizowane z dbałością o szczegóły, nie zabrakło więc też okularów „kocie oko” i biżuterii – srebrnych pierścionków i „klasycznych” sznurów pereł. Sporo problemów zgotowały modelkom buty marki Kazar, lekka platforma i śliska marmurowa podłoga sprawiały, że wzrok podopiecznych Kasi Sokołowskiej co chwila wędrował w dół. Nie wyglądało to dobrze, podobnie jak nieustanny brak umiejętności wytworzenia jednej spójnej atmosfery przez dziewczyny chodzące w pokazach. Jedne sztywne, inne beztroskie, kolejne na zdecydowanym luzie, brak w tym jakiejkolwiek wizji czy konkretnego kierunku. Nie twierdzę, że takowa wizja nie istniała, ale jej egzekucja należała do nieudanych. Modelki to niestety jedna z największych bolączek polskich pokazów. Większość tych dziewczyn po prostu nie potrafi chodzić w obcasach.

 

Po pokazie, tradycyjnie, miało miejsce afterparty, zakrapiane szkocką, umiejscowione w namiocie przepełnionym lodowymi rzeźbami/stolikami. Piszę o tym dlatego, że Łukaszowi udało się osiągnąć pewnego rodzaju optimum – każdy jego pokaz jest towarzyskim i organizacyjnym sukcesem, kolekcje są niezgorsze, atmosfera wyśmienita i chociaż w powietrzu unosi się zapach komercji, to absolutnie nie jest on dotkliwy. Ma w sobie raczej nuty sukcesu i spełnienia, które są niezmiennie przyciągające. Jemioł doskonale wie, co chce osiągnąć, jakie ma na to środki i jakich wyrzeczeń musi dokonać, żeby wyjść na swoje. Z ostatnich był to wyjazd z Hanną Lis do Azji, pod szyldem nowego programu telewizyjnego „Azja Express”, w którym znani bohaterowie mają okazję zakosztować losu biedaków. Oczywiście w towarzystwie kamery HD, co by tę biedę dobrze wyeksponować. Wieść niesie, że Łukasz spał nawet w komórce na buty. Mam nadzieję, że jego klientki szczodrze docenią to poświęcenie, które, powiedzmy sobie szczerze, można najłatwiej określić, jako „ani duże, ani małe”. Ale jak to mawiają – cel uświęca środki, i nikt tego nie wie lepiej, niż polski projektant.

Never Ending Freestyle Voguing

Tobiasz Kujawa

freestylevoguing@gmail.com

 

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: