La Mania Wiosna/Lato 2017 i Doom3K Wiosna/Lato/Jesień/Zima 2017–3000, czyli moda i seks

15 Gru

La Mania Wiosna/Lato 2017 Mind Blow / Foto: Filip Okopny

To nie będzie typowa recenzja. Tym razem taka niemal promocyjna, bo 2w1. Skąd ta wyjątkowa sytuacja? To przez przypadek, który sprawił, że dwa całkowicie różne, a mimo wszystko w jakiś sposób nawiązujące do siebie pokazy odbyły się na przestrzeni niecałych trzech dni. Podobna okazja jest najzwyczajniej zbyt intrygująca, by ją po prostu zignorować.

Gdyby modę przyrównać do areny, a w jej przeciwległych końcach postawić dwie marki – dzisiejsze bohaterki – walka miałaby wyjątkowo niesprawiedliwy wymiar. No ale cóż, Moda to okrutna pani, zabawmy się więc dzisiaj w Kaligulę, który znudzony dotychczasowymi zasadami odmienił oblicze potyczek prowadzonych na arenie obdarzając rywali nierównymi możliwościami: jednemu miecz i tarczę, a drugiemu tylko sieć. Z perswazją miecza trudno jest dyskutować, szczególnie jeśli jest się uzbrojonym tylko w sieć, ale spryt i talent niejednokrotnie wygrywają z siłą – w końcu Dawid pokonał Goliata, a szewc Dratewka smoka. W jednym rogu pyszni się więc salonowa wojowniczka LaMania – marka z głównego nurtu, ugruntowana, nieziemsko ambitna, nieustannie dostarczająca ekscytacji, z potężnym zapleczem finansowym i logistycznym, medialną rozpoznawalnością, którą zagwarantowała charyzmatyczna Joanna Przetakiewicz, zwana przeze mnie pieszczotliwie „Panią Dyrektor”. Po drugiej stronie do walki szykuje się ostra, niepokorna i zwariowana debiutantka – marka Doom3K, za którą stoi Sylwia Rochala, wspierana przez partnera – Michała Niechaja. Głęboka alternatywa. Wzornictwo Sylwii Rochali z pewnością jest znane koneserom mody tworzonej w Polsce, mnie wyjątkowo dobrze, bo Sylwię znam jeszcze z czasów nauki projektowania mody. Atuty Rochali? Nienaganny gust, nieoczywiste inspiracje, potencjał estetycznego kameleona, który przez kilka lat, rownież na (nie)świętej pamięci łódzkim Tygodniu Mody, stanowił jeden z najmocniejszych punktów programu. Dwa odległe światy, dwie różne bajki. Co je łączy? To, co nas wszystkich. Seks, drodzy Państwo, seks! 

Zaproszenie na sobotni pokaz Doom3K nie pozostawiało żadnych złudzeń. Lokalizacja w dawnym klubie tańca erotycznego i nazwa „Army Of Lovers / Pussy Fashion Show” sugerowały solidną dawkę pieprzu. Zaproszenie na ten debiut przybrało postać facebookowego wydarzenia, które obwieszczało nie tylko suche fakty, ale i pewnego rodzaju manifest – deklarację mody „inkluzywnej”, otwartej na każdego, kto dysponuje wolnym czasem… Aha, i 15 złotymi, których wymagano na bramce, o czym strona na portalu społecznościowym już niestety nie informowała. Nie pierwszy raz projektanci wpadają na podobne pomysły: cudowne, spektakularne, modowe i bardzo rozerotyzowane spektakle Thierrego Muglera w latach 90. też były biletowane. To nic zdrożnego, przy pokazie przecież pracują ludzie, pojawiają się wydatki, więc gdy brakuje sponsorów trzeba sobie jakoś radzić. Zresztą skoro maja być pussy i show, a na dodatek armia kochanków, twarda gotówka wyjątkowo nabiera sensu. Nie spodziewałem się co prawda aż tak wielkich uniesień jak u Muglera, ale tej inwestycji byłem wręcz pewien. I po raz kolejny przekonałem się, że giełda nigdy nie będzie moim żywiołem. Klub Libido w warszawskim Śródmieściu, podobno już niedziałający, to wyjątkowo obskurne miejsce. Potłuczone szyby, wszechobecne wrażenie brudu, nieznośny zapach wykładziny, która już nawet nie prosi o pranie, tylko o utylizację. Piekiełko. I to na trzeźwo! Przybywam punktualnie, płacę za „wjazd” i czekam… Bar z wybiegiem dla tancerek został przesłonięty kurtyną, a za kurtyną odbywała się próba. Modelki, w pełnych stylizacjach wybiegowych, kręcą się nonszalancko wśród gości czekających na pokaz, a za wyżej wspomnianą kurtyną w bólach powstaje choreografia, subordynowana mało dyskretnym pokrzykiwaniem projektantki. Półtorej godziny czekania upłynęło mi w aromacie stęchlizny, wśród ścian, których naprawdę brzydziłem się dotknąć, w ścisku i przy zapętlonym kilkudziesięciosekundowym elektronicznym podkładzie muzycznym z okrzykiem „Fashion! Fashion! Fashion”, który w trakcie pokazu, kiedy wreszcie doszedł do skutku, każdy z uczestników znał praktycznie na wyrywki. Fashion! Ok, wiemy wiemy… Jednak, ile można? 

15327410_1090682441030845_7335416030136824360_n

Grafika promująca pokaz / Ada Sokół

Ambicje były duże. Tytuł pokazu „Pussy Fashion Show” nawiązywał do cytatu: „Pussy is a feeling, how you feel when you vogue” z Divoli S’vere – amerykańskiego artysty realizującego się na scenie voguingu, jednego z najjaśniejszych przykładów kreatywności i artyzmu, jaki stworzyła kultura queer. O voguingu można pisać bez końca, ale najlepiej jest zobaczyć dokument „Paris is Burning” (znajdziecie go pod tym akapitem), który doskonale wyjaśnia czym są „domy”, „bale”, hierarchia, rywalizacja i poczucie wspólnoty budowane wśród wykluczonych przez ten szczególny, wyjątkowo manieryczny taniec nawiązujący do najlepszych czasów okładek magazynu Vogue. W wielkim skrócie voguing można opisać jako manifestację potrzeby poczucia się wyjątkowym i pięknym, stworzenie swoistego scenicznego alter ego, które stanowi synergię ubioru, ciała i ruchu – w dowolnej kolejności, zależącej tak naprawdę od osobistych preferencji tancerza / występującego. Jednym z najważniejszych założeń voguingu jest to, że niezależnie od urody i pieniędzy, możesz przez chwilę oderwać się od codzienności i wykreować dowolną postać, wcielić się w każdą rolę, być kim chcesz, ucieleśnić fantazję i wzbudzić podziw innych. A ocenianie jest tu wyjątkowo ważne, bo najlepsi zgarniają puchary. 

Słowo ciałem się stało – kiedy modele i modelki w końcu wyszli na barowy wybieg (w koszmarnym trupim świetle wydobywającym się z reflektorów, które być może świetnie akcentują walory tancerek, ale do prezentacji mody nie nadają się ani trochę) zaczął się pokaz z elementami voguingu. Bar oblepił mały tłum ślicznych alternatywnych ludzi, modelki robiły wszystko co mogły, żeby ukryć brak prób, a taneczne ekscesy od czasu do czasu urozmaicały „spontaniczne” gesty i fertyczne podskoki… Powstrzymam się od oceny samego voguingu, ale nie będę ukrywać rozczarowania fatalnymi okolicznościami i tym szkaradnym i przygnębiającym miejscem – Doom3K zaprezentował naprawdę ciekawą kolekcję, utrzymaną w modnym klimacie sportu i aestetyki, która zasługiwała na lepszą oprawę. Nie zobaczycie jej niestety na zdjęciach, bo takowych nie ma, choć minęło już 5 dni od wydarzenia. Marka informuje, że ten sezon to tak naprawdę żaden sezon, bo jak inaczej interpretować opis „Wiosna/Lato/Jesień/Zima 2017–3000”? Widać to w samej kolekcji, która nie posiada żadnej szczególnej osi, nie ogranicza się do jednej stylistyki i nie bierze na warsztat jednej konkretnej inspiracji. To raczej przegląd autorskich propozycji, zarówno tych bardziej, jak i mniej awangardowych. Bluzka suto zdobiona falbanami przy dekolcie i mocnym gorsetowym wiązaniem, sparowana z obszernymi spodniami zdobionymi „prującymi się” nićmi? Proszę bardzo. Klasyczny obszerny płaszcz w odcieniach rdzy i brązów z wielkim napisem zwiastującym zagładę – „doom”? Jest. „Niegrzeczne” kurtki-pilotki wzdychające do stylistyki skinheadów, noszone do arcymodnych kulotów z lampasem i egzotyczną typografią, a do tego masywne buty i koszulki z nadrukami, które nawiązują do tatuaży w stylu tribal? Oczywiście! Dres à la Kenzo składający się ze spodni i kurtki z pięknym rozpinanym kapturem o patchworkowym wnętrzu i futrzanym lamowaniu? Również. Sukienka jakby z biało-czerwonych szalików, niby z kolekcji Margieli? Też. Połyskujący zestaw niby sportowy? Owszem. A do tego, w ramach kontrastu, mnóstwo błyszczących i trudnych w obróbce materiałów, od welurów (a może i aksamitów), przez coś, co przypominało taftę i satynę, aż po tkaniny przetykane metaliczną nicią. Nie zabrakło też pięknych ażurowych, niemal pajęczych prześwitów, które stanowiły podstawę jednej z dawniejszych kolekcji Rochali.

Ten miks ubrań został zdecydowanie i bez sentymentów odarty z dotychczasowej poetyki i intelektualnej atmosfery prezentowanej przez Sylwię Rochalę w autorskich sezonach. Jazgotliwa kolekcja pełna detali, fruwających troków, gryzących się kolorów, niewdzięcznych fasonów, nadruków, których w klubowych warunkach nie sposób było odczytać, ma w sobie jakąś pretensjonalność, naiwność. Dzieci lat 80., do których sam się zresztą zaliczam, mają aktualnie potrzebę odczarowywania koszmarków swojej/naszej młodości. Ironicznego traktowania tandety, zjawisk do niedawna pomijanych, symboli budzących najgorsze skojarzenia. Czy może być lepszy przykład, niż ten nieszczęsny motyw tatuaży tribal, na którym swoją drogą jest oparta identyfikacja Doom3K? Próba oswojenia tej brzydoty jest… Tyle urocza co naiwna właśnie. To takie swoiste epitafium dla braku gustu. Nie sądzę jednak, że udane. A czy potrzebne? Pewnie tak. Bo brzydkie to nowe ładne, a sukces estetyki szarych blokowisk, opresji, beznadziei, ochronki, surowych kontrastów i marek takich jak Vetements nie pozostawia złudzeń – po raz kolejny moda sięga coraz głębiej i głębiej. Ten nieoczywisty sezon bez sezonu jest tak naprawdę syntezą, całe szczęście chwilami bardzo autorską, tego co modne, modniejsze i najmodniejsze. Kiedy ostatnia modelka zniknęła z wybiegu momentalnie ulotniłem się z tego przybytku w poszukiwaniu świeżego powietrza. Tego wieczora nic nie było perfekcyjne, żadna pussy nie „uśmiechnęła” się do widowni, nie powstała żadna prowokacja, nie było seksu i pieprzu, a nawet soli, nie został stworzony żaden spektakl wart zapamiętania. W całym morzu rozczarowań i niedociągnięć, całe szczęście, najjaśniej świeciła sama kolekcja. I telefon dumnej matki projektantki, a raczej jej etui na telefon upstrzone kryształkami, które nieustannie i zalotnie blikowało mi prosto w oczy. Mam nieodparte wrażenie, że to silenie się na pokaz przy kompletnym braku możliwości, aby zrealizować go wedle założeń, jest zwyczajną stratą czasu. A przecież Anna Wintour już kilka lat temu klepała, że jest kryzys, że są nowe zasady gry, że kameralna prezentacja w wyselekcjonowanym gronie dziennikarzy, stylistów i klientów może przynieść więcej korzyści niż pokaz mody. No cóż, jakby nie patrzeć pokaz miał miejsce, choć śladów po nim niewiele, kameralna widownia złożona z krewnych i znajomych królika, tfu, projektantów, biła brawo, później była prawdopodobnie imprezka i równie prawdopodobnie wszyscy się świetnie ubawili. Tak mocno, że do dzisiaj nie mogą przesłać zdjęć i informacji prasowej. Jeśli to przedsięwzięcie spełniło swój cel – gratuluję. Ja z przykrością stwierdzam, że perspektywy mojej i moich towarzyszy było okrutną stratą czasu. Swoją drogą jakie to smutne, że twórcy marki Doom3K, powołując się na piękną tradycję voguingu, zapomnieli o istocie tego tańca – to nie miejsce czyni prawdziwy bal, ale ludzie, którzy w nim biorą udział. W tym konkretnym przypadku naprawdę wystarczyłaby najzwyklejsza pusta i dobrze oświetlona sala, choćby szkolna, gimnastyczna, zestaw głośników i grający sprzęt. Efekt mógł być powalający. I gdyby dobrze wypromować to wydarzenie, nie tylko w małym piekiełku alternatywy, ale wsród szerszego grona odbiorców mody, to mógłby być prawdziwy hit. Nic tak nie boli, jak stracony potencjał. Tym bardziej, że Doom3K ma go naprawdę sporo, szczególnie wśród wielkomiejskich modniś i modnisiów, którzy lubią to co popularne, ale w autorskim i „udziwnionym” wydaniu. 


W tym samym czasie na zupełnie innym biegunie mody, a może nawet i na innej planecie, Joanna Przetakiewicz odliczała godziny do swojego poniedziałkowego pokazu, być może omawiając ostatnie detale z samą Choupette.
Kolekcję „Mind Blow” na sezon Wiosna/Lato 2017 zaanonsowało zaproszenie w prowokacyjnym czerwonym kolorze. Ociekająca typografia, napis – Adults Only –  trochę zastrzeżenie wydarzenia dla dorosłych, a trochę zapowiedź towarzyszącej pokazowi projekcji filmu w reżyserii Xawerego Żuławskiego ze zdjęciami Mateusza Stankiewicza. Tyle komunikował awers. A rewers? Dwadzieścia dwa logotypy sponsorów i partnerów pokazu. Jednym słowem – na bogato! No ale przecież o to chodzi w La Manii. Na potrzeby pokazu wykorzystano wielką halę w posępnym warszawskim centrum wystawienniczym Expo XXI, które paradoksalnie przywołuje we mnie zestaw bardzo przyjemnych erotycznych skojarzeń. I nie piszę tu o jakimś ryzykownym prawnie rendez-vous w pobliskich krzakach, ale o odbywającym się tam świetnym gościnnym występie legendarnego kabaretu Crazy Horse. I to rzeczywiście był występ tylko dla dorosłych, tak intensywny i wyśmienity wizualnie, że niemal nawrócił moją przekorną naturę na tę bardziej poprawną politycznie. Tym zakazanym elementem podczas pokazu La Manii była prawdopodobnie etiudka filmowa prezentowana tuż przed pokazem, z wyginającą się w rytm agresywnej muzyki i we wszystkich możliwych kierunkach Mają Sablewską ujeżdżającą jakiegoś tatuażystę. Co do jednego mogę się zgodzić: Sablewska, nie kto inny jak Paulo Coelho Bez-Uśmiechu-Nigdy-Nie-Jesteś-W-Pełni-Ubrana polskiej mody, powinna być bezwględnie zakazana conajmniej do 100. roku życia. Jak ktoś przeżył wiek to i tak nic mu już nie zaszkodzi. Całe szczęście to kinematograficzne „dzieło” z modnym nowotworem w roli głównej skończyło się równie szybko, jak zaczęło. Zdecydowanie lepsze wrażenie zrobił na mnie niedawny film La Manii ukazujący proces powstawania peleryny, która pojawiła się na okładce pierwszego wydania polskiej edycji magazynu L’Officiel. Trend na pokazywanie trudnej i wymagającej pracy rzemieślników zawsze spotka się z moim uznaniem. Odmieniona skalpelem pani z telewizora, robiąca z nieszczęsnych kobiet klony samej siebie – nigdy. Sala pokazowa, umiejscowiona tuż za strefą recepcyjną, prawdziwym archipelagiem sponsorskich kramików (Herbatka? Kawka? Soczek? Bucik? Kremik? Papierosek? Dla każdego coś miłego!), sprawiała naprawdę obłędne wrażenie. Trzy kolory: czerń, biel i czerwień, wybieg ze świetnym geometrycznym wzorem, ogromne trybuny zamykające przestrzeń z trzech stron, z czwartej przesłona z dwoma ekranami i czerwoną wnęką z której czeluści, po czerwonym szlaku, wychodziły modelki. A może nawet się rodziły, bo skoro pokaz był tylko dla dorosłych, to rozpalone do czerwoności wejście na wybieg miało jakieś waginalne konotacje? Kto wie? Fiu-fiu! Organizacja? Jak marzenie. Bez cienia przekąsu. Doskonale oznakowane strefy, każdy gość miał przyporządkowane numerowane miejsce, przemiła i pomocna obsługa, której nie sposób zliczyć. To naprawdę robi wrażenie. Pełen profesjonalizm. Klasa.

A na wybiegu? Hasłem przewodnim na sezon Wiosna/Lato 2017 ewidentnie zostało słowo seks. I to nie żadna romantyczna erotyka, dziewicze koronki, czy gorsety opadające ze wstydliwym westchnieniem. To wyzwolony, niebojący się skojarzeń z płatnymi służebnicami boga miłości seks, uzbrojony w niebotyczne wysokie kozaki z czubem i lakierowany krwisty płaszcz, pod który zakłada się wyłącznie jakiś pobudzający zapach, a w wersji cnotliwej dodatkowo pas do pończoch (oczywiście bez pończoch, bo przecież te kozaki są taaakie wysokie). Największym powodem do radości jest to, że Joanna Przetakiewicz, do spółki ze swoją projektantką – znaną z polskiej edycji programu Project Runway Lilianą Prymą – zrezygnowała w końcu z nieznośnie sukienkowych sezonów. Nowa La Mania to odświeżona La Mania. Są tutaj i poszarpane dżinsy, i nieco przeskalowane kurtki podbijane futerkiem. Płaszcze, dzienne sukienki, swetry, bluzy. Bez większych komplikacji można tą kolekcją wypełnić szafę i z tym arsenałem przeżyć kompletny sezon, przy okazji zdobywając kilka serc. Doskonała zmiana!

@lamaniafashion #ss2017 #fashionshow finale ✨#lamania #polishfashion #polishdesign #runway #catwalk #models

A post shared by Freestyle Voguing (@freestylevoguing) on


Chociaż nie jestem fanem porównywania polskich marek do tych zagranicznych i unikam tego procederu jak ognia, to w tym przypadku nie sposób jest uciec od skojarzeń.
A jest ich wiele – od Prady, przez Vaccarello, Wanga, UEG, aż po Versace. Tu pasiasta pelisa, tam konturowana napami skórzana sukienka, a jeszcze gdzie indziej modna sportowa guma z wyszywanym napisem. Każdy to zna, każdy może sobie dopasować skojarzenia do zdjęć. Zadziwiające jest jednak to, że ten tygiel mniej lub bardziej pośrednich odniesień naprawdę ma ręce i nogi. La Mania przestała w końcu udawać, że jest wielką damą, intelektualistką, minimalistką. Zdecydowanie i pewnym krokiem poszła w kierunku znanego dowcipu mówiącego co prawda o damach, ale głównie przez pryzmat dawania. I niech nikt mi się nie waży traktować tego jako krytykę. Dla mnie ta decyzja jest absolutnie zrozumiała i na miejscu. La Mania nie jest już nudną i nieudolnie aspirującą kobietą-postumentem, ale (w końcu!) babką z krwi i kości, która lubi uwodzić, zarówno amatorsko, jak i profesjonalnie. Pielęgnuje ciało, żeby je odsłaniać. Nie kłamie w żywe oczy, że ubiera się dla siebie. Ona ubiera się dla innych, bo ich spojrzenia to jej paliwo. Klientkom La Manii siedzącym na widowni oczy świeciły się jak złote karty w portfelu przyjaciela z szerokim gestem. Zresztą ten poziom erotycznej wulgarności naprawdę został dobrze wyważony. Oczywiście można się zastanawiać nad przeznaczeniem czarnego przepastnego płaszcza/peniuaru/sukienki, spod którego wyziera bielizna, ale kto powiedział, że to kolekcja wyłącznie wyjściowa? Króciutkie sukienki równoważą golfy i długie rękawy, odsłonięte brzuchy kompensują obszerne spodnie, głębokim dekoltom proporcji dodają fruwające pasy materiału, a topiące sylwetkę swetry kontrastują z zabudowanymi ale i transparentnymi dołami. Motyw paska został w tej kolekcji wyeksploatowany niemal doszczętnie. Paski pojawiają się jako ozdoby, oplatają szyje, powiewają nonszalancko u rękawów i spódnic, otulają delikatnie ramiona, ale występują również w modnej i agresywnej formie – jako seksowna uprząż, dzieląca dekolt na pół i, chwilami, asymetrycznie opadającą na jedno ramię. Te same pasy-ściągacze z napisem „Mind Blow” pojawiają się również w wykończeniach dekoltów i jako gadżet na udzie, takie wspomnienie pończoch samonośnych. Wtórne te uprzęże, oj wtórne, żadna to oświecona prawda i niech sobie nawet takie będą, bo zamysł nie jest zły, szkoda tylko, że zdobi je wyjątkowo szkaradna typografia… Tym bardziej, że ten sam napis pojawił się na zaproszeniu w „ociekającym” farbą wydaniu i w takiej wersji wyglądał zdecydowanie lepiej. Oczywiście musiała się też pojawić spora doza błysku w postaci dobrze już znanych pajetek zdobiących także wcześniejsze kolekcje. Blaszki znów przybrały formę aplikacji – wcześniej zostały uformowane w dzikiego kota, teraz w pokraczne pistolety, stworzono z nich również dyndające tu i ówdzie drabinki, a nawet całe panele, całkiem miłe dla oka. Ślicznie i zaskakująco skromnie wyglądała otwierająca pokaz prosta sukienka w trzech kolorach, na cienkich ramiączkach, mocno wytaliowana, ozdobiona geometrycznym wzorem i abstrakcyjnym wizerunkiem kobiety nawiązującym, jak mniemam, do malarstwa Picassa. Doskonały był też pasiasty kombinezon z amerykańskim dekoltem, który w trakcie finału miała na sobie każda modelka. Lakierowany czerwony płaszcz – niby banał, ale pod względem konstrukcji, fasonu i wykonania absolutnie bezbłędny. Fioletowa, aksamitna i połyskująca sukienka z niedbale zakrywającymi dłonie rękawami (również w złoto-cekinowej wersji) – przy odpowiedniej figurze wyłącznie doda urody i charakteru. Metaliczne kurteczki/ramoneski wiązane w talli paskiem i z obniżoną linią rękawa, poprawne, wdzięczne, nadające się zarówno na dzień i na wieczór. Buty, stworzone specjalnie dla La Manii przez polską markę Badura, jakkolwiek mało codzienne i wymagające wyzywającej postawy, stały się idealnym uzupełnieniem kolekcji.

Dziwna ta La Mania, co sezon inna, a tym razem jeszcze mocno odmłodniała. Chwilami jakby nieco na siłę, szczególnie kiedy przywdziewa czapeczkę z daszkiem i zaczyna deklarować, że należy do „La Mania Squad”. Ale cóż poradzić – taka estetyka się teraz sprzedaje, panuje dyktat młodości, wszyscy muszą być „swag” i „yolo”, słuchać „rapsów”, spełniać marzenia o szałowych torebkach i to właśnie jest modne wśród zamożnych Polek w średnim wieku – styl na żonę piłkarza. Trochę infantylności, sporo ostentacji, dużo erotyzmu – duże piersi, duże usta, duża fura, ładna komóra. Kto ma ochotę złowić taką rybkę niech pędzi na warszawską ulicę Mokotowską, często odwiedzam tam mojego przyjaciela, pracującego w butiku polskiej marki i nie ma dnia, żeby podobne okazy nie kołowały między popularnymi sklepami z lokalną i importowaną modą. Najsłabiej, co jest w przypadku Polski nagminne, prezentowały się w kolekcji „Mind Blow” wszelkie drapowania i eksperymenty z dekonstrukcją. Drapowanie to tak naprawdę osobna szkoła projektowania, w której nie wystarczy doskonała wiedza rzemieślnicza, czy nawet maestria krawiecka. Drapowanie to sztuka, zajęcie dla projektantów-artystów, którzy nie tylko szyją, ale i rzeźbią. W La Manii rzeźbić ewidentnie nikt nie potrafi. Podobnie sytuacja ma się z dekonstrukcją. Czarnej szaty, rozchodzącej się w okolicy łona na dwie strony, ozdobionej jakimś cudacznym krzywym szwem idącym w kierunku wyrostka robaczkowego, ze stójką i dziurą na ramieniu, nie była w stanie obronić nawet modelka. Takich kwiatków było zresztą więcej, co jednak wcale nie wpływa na fakt, że gdybym miał wybrać najlepszą kolekcję La Manii, to byłaby to właśnie „Mind Blow” – co prawda mój mózg nie eksplodował, ale jestem przekonany, że to jak dotąd najmniej pretensjonalna i najszczersza kolekcja w historii tej marki. I co ważne – najbardziej kompleksowa.


Ach, i ten finał! Przyznaję, już dawno nic się Kasi Sokołowskiej tak nie udało, jak ten finał. Zresztą choreografia była dobra jak rzadko, a modelki na tyle zmotywowane i profesjonalne, że nie ośmieszyły projektów, a z tym na polskich pokazach naprawdę różnie bywa. Zazwyczaj każda modelka ma w głowie inną projekcję: jednym się wydaje, że chodzą u samego Huberta Givenchy i prezentują kreacje arystokratycznym klientkom, a inne nadal przemierzają krokiem polującej czapli błotniste ugory ze swoich rodzinnych stron. O makijażach i fryzurach można jak zawsze napisać jedno – były. Ulizane włosy i mocna jaskółka to żaden powód do ekscytacji. I chyba właśnie tego mi zabrakło w tym pokazie najbardziej: jeszcze mocniejszego podkręcenia śruby charakteryzacją. Naprawdę, zniósłbym nawet dwa dodatkowe logotypy na zaproszeniu, gdyby na wybiegu miały się pojawić wymyślne uczesania, awangardowe peruki i fantazyjne, inspirujące makijaże. Szczególnie jeśli dedykowane kolekcji buty powoli stają się wśród topowych polskich marek standardem. Poprzeczka rośnie i rośnie.

Dwie bajki, dwa światy. Co je łączy? Seks bez fajerwerków. Bez mroczków bez oczami. Bez wyskakującego z piersi serca. W pierwszym przypadku to wina przygnębiającej zakurzonej speluny, upadłego królestwa cipek – wyjątkowo nieudany eksperyment lokalizacyjny, w którym moda zaginęła, a w drugim – wypieszczony kasą sponsora buduar z wijącym się na ekranie telewizyjnym czupiradłem, od którego bardziej seksowna jest nawet dziurawa sztacheta. Szkoda tylko, że to wszystko jest tak dosłowne, takie prosto w twarz, a  jednocześnie paradoksalnie nadal niedociągnięte, niedorobione, niczym niedoprawiona potrawa. Jak wpadka w trakcie, ekhm, pieczenia – biszkopt już pięknie wyrósł, napuszył się i zarumienił, a w środku jest wilgotny, potrzebna jest jeszcze dosłownie chwilka i będzie, och jaki on będzie prze-py-szny! A tu nagle… Ktoś wyciąga wtyczkę z kontaktu. I ciasto opada. Seks, choć tak mocno wyeksploatowany i zwulgaryzowany przez ostatnie dekady, wykorzystywany do sprzedawania dosłownie wszystkiego – od pasztetu aż po betoniarkę – nadal jest świetnym pretekstem do mocnej kontrowersji, do przekraczania granic, do sprawdzania wytrzymałości widzów – tym bardziej, że dotyczy każdego. W obu przypadkach jakiekolwiek erotyczne nawiązania były po prostu bezzasadne, a wręcz mylące. Szkoda. Niemniej, w tym nierównym pojedynku zdecydowanie wygrywa La Mania. Owszem, można polemizować na temat niektórych elementów tej kolekcji, podobieństw, wyborem nowej „muzy”, czy zawsze nieco wątpliwym estetycznie jarmarkiem sponsorów, ale jedno jest pewne – rozmach to drugie imię Joanny Przetakiewicz. I ten rozmach z sezonu na sezon opowiada coraz ciekawszą historię. A seks? Wiadomo, że moda i seks to nierozłączna para, bo żeby się z kimś związać w miłosnym splocie, trzeba się najpierw rozebrać. A żeby się rozebrać, trzeba się wcześniej ubrać. I tak to koło tekstylno-miłosne się właśnie zamyka. 

Never Ending Freestyle Voguing 

Tobiasz Kujawa

freestylevoguing@gmail.com

Advertisements

komentarze 3 to “La Mania Wiosna/Lato 2017 i Doom3K Wiosna/Lato/Jesień/Zima 2017–3000, czyli moda i seks”

  1. ginwpodrozy Grudzień 15, 2016 @ 13:15 #

    Tobiaszu, jak zwykle nie zawodzisz! 🙂 Świetna recenzja, warto było na nią czekać

    Lubię to

  2. pawelzukowski Grudzień 15, 2016 @ 15:21 #

    „buduar z wijącym się na ekranie telewizyjnym czupiradłem, od którego bardziej seksowna jest nawet dziurawa sztacheta” ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ ❤ to wspaniała nazwa dla lokalu gastronomicznego

    Lubię to

  3. lozadlavipow Marzec 6, 2017 @ 01:40 #

    łączy je seks bez mroczków pod oczami” albo o czaplach i błotnistych ugorach w rodzinnych stronach :)) nawet, jeśli moda to nie moja bajka (nie do końca), właśnie przez takie homeryckie porównania Twój blog mógłby być lekturą obowiązkową dla uczących się myśleć 😉
    lozadlavipow.blox.pl

    Lubię to

Odpowiedz na lozadlavipow Anuluj pisanie odpowiedzi

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: