Archiwum | Fashion Week Polska RSS feed for this section

Fashion Week Polska Jesień/Zima 2014 – OFF / STUDIO i Sens Istnienia

14 Maj
Kas Kryst Jesień/Zima 2014

Kas Kryst Jesień/Zima 2014

Chyba nie muszę pisać po raz kolejny, dlaczego pokazy w strefie OFF Out Of Schedule są moim oczkiem w głowie. Niech świadczy o tym już sam fakt, że co pół roku opisuję kolekcje z tej sceny jako pierwsze i nieustannie próbuję przekonać wszystkich dookoła, żeby również się nimi zainteresowali. Niestety, zaczynam się powoli czuć jak maniak, powtarzając co sezon tę samą litanię skarg i zażaleń. I tym razem też ją powtórzę, bo uważam, że tak trzeba. Z ogromną przykrością stwierdzam, że OFF nadal traktuje się niczym ubogiego krewnego sceny Designer Avenue. Przyczyna jest prosta – mniejsza widownia, gorsze godziny, mikroskopijna ilość prasy. A kto się pojawia na tych pokazach? Mimo wszystko sporo fajnych ludzi – blogerzy, pasjonaci szeroko pojętej mody, trochę awangardy, klienci, przyjaciele i rodziny projektantów. Jednak co pół roku nad OFF’em unosi się dziwna atmosfera niedomówienia. Nadal nie istnieje spójna koncepcja i wizja tego miejsca. Podstawowy problem to komunikacja, a raczej jej brak. Rada programowa składa się głównie z fantomów i być może znowu się narażę, ale niestety muszę to napisać – na ostatnich obradach spotkaliśmy się w kameralnym gronie 5 osób z 11, które widnieją na stronie organizatorów. A niektórych członków rady nie widziałem na spotkaniach już od trzech sezonów! Rozumiem, że drodzy Państwo mają obowiązki, są zabiegani, ale fakt pozostaje faktem – jest to koszmarny brak szacunku dla projektantów, organizatorów i innych członków rady. Powiedziałbym, że wręcz skandaliczny. I nie, nie będę rzucać nazwiskami, bo nie o to tu chodzi. W swojej naiwności wierzyłem, że ten tytuł niesie ze sobą jakieś zobowiązanie, a może nawet dumę? Okazuje się jednak, że zasady oparte na schematach patronackich kuleją, bo nie ma w nich realnego zainteresowania, ale wyrachowany plan zysków i strat promocyjnych. Ja wiem, że łatwiej jest zrezygnować ze mnie, niż z patrona, który zrobi imprezkę z darmowymi drineczkami, albo wymościł sobie jakieś uznanie i stwierdził, że nie należy się już starać. Rozumiem to aż nazbyt dobrze. Jest to sztuka kompromisów, wypracowana niemal równie solidnie, co teoria Sun Zi. Ale szczerze, czy kiedykolwiek dałem do zrozumienia, że interesują mnie jakieś kompromisy? Jeśli tak, to będę wdzięczny za przypomnienie.

Smutny to fakt – OFF nadal nie ma żadnej tożsamości, bo głosy, czy ma być ostoją mody polemicznej, awangardowej, wychodzącej naprzeciw sztuce, czy zwykłą poczekalnią do Designer Avenue (która podobno ma większy prestiż) są podzielone. Nie mam sumienia rozstrzygać co ma większy, a co mniejszy prestiż, wiem jednak, że to zamieszanie doprowadziło do kolejnego tworu, którego sens nadal pozostaje dla mnie nieodgadniony. Twór nazywa się Studio i jest podobno sceną dla debiutów (?!), chociaż prawda jest taka, że stał się zrzutem (czuję nóż prosto w moim sercu kiedy to piszę) dla kolekcji, które nie dostały się ani na Designer Avenue, ani na OFF. Ta koncepcja po raz kolejny nie została dopięta, rozmyła się w czasie i pogrążyła w chaosie. Z mojej perspektywy coś takiego jak Studio nie zaistniało, bo nie miało logicznej możliwości, żeby zaistnieć w podobnych warunkach. Dlatego w tym tekście połączyłem oba byty w całość i nie będę już dalej dokonywać rozróżnienia. Organizatorzy niestety nie mają czasu ani ochoty, żeby poświęć nam chociaż pół godziny na rozmowę, dlatego znów muszę (mimo ogromnej sympatii) używać dość niemiłego języka. Drodzy Państwo, to jest X edycja, to są młodzi ludzie, którzy wydają dziesiątki tysięcy złotych, żeby zaistnieć w świecie mody. Brak sensownej linii promocji, brak decyzji i brak logiki coraz bardziej stawia ich starania pod coraz większym znakiem zapytania. A my – członkowie rady programowej czujemy się bezsilni. Używam tu liczby  mnogiej, nie dlatego, że w pojedynkę czuję się słaby, ale dlatego, że znam opinie innych osób, a przynajmniej tych, które pojawiły się na obradach. Chcecie Państwo, żeby Wam doradzać? Czy mamy się zachowywać, jak niezainteresowane tematem kukiełki? A może to już czas, mówiąc brzydko, olać temat i ograniczyć się jedynie do przesyłania głosów za pomocą wiadomości? Rozumiem, że zlekceważenie tematu będzie w końcu satysfakcjonujące? Zaczynam się też zastanawiać, czy OFF ma w ogóle sens? Co z tego, że sala pokazowa łódzkiego ASP jest ładna, media nowoczesne, a siedzenia wygodne, jeśli nie ma w tym wszystkim spójnej i solidnej koncepcji? Na te pytania ciągle nie mamy odpowiedzi. Przykre to niezmiernie, bo tę kłopotliwą sytuację można by rozwiązać solidnym planem i stworzeniem zwyczajnego statutu. I to nie jest akcja pokroju „wyślemy człowieka na księżyc”. To kwestia wykształcenia w sobie jakiejś wizji, która umożliwiłaby koegzystencję, a nie niepotrzebną hierarchię i wartościowanie twórców, bo chcą się pokazywać na mniejszej lub większej scenie, bo robią modę komercyjną, albo artystyczną. Jedno jest pewne – aktualny schemat się nie sprawdza, a idea przestrzeni dla prezentacji kolekcji innymi metodami niż pokaz, również nie zdała egzaminu. Piszę to wszystko tylko dlatego, że komunikacja z Wami jest absolutnie zerowa i jedyną metodą do przekazania mojej absolutnej dezaprobaty, jest napisanie o tym przy okazji recenzji, na temat których nasłuchałem się od Was już tylu komplementów, że tym razem z góry za nie dziękuję! Nie trzeba. Wierzcie mi na słowo.

Uff, co miałem na sercu, to napisałem. A teraz, z czystym sumieniem, mogę przejść do meritum, czyli recenzji poszczególnych pokazów i prezentacji. Nie przedłużając już tego przygnębiającego wstępu – zapraszam do lektury.

Czytaj dalej

Reklamy

Fashion Week Polska Wiosna/Lato 2014 – jak cię widzą, tak cię piszą

28 Paźdź

To może na dobry początek mały cytacik:

„Osobiście nie jestem pewna, czy założyłabym coś, co pokazuje, że można mnie przetwarzać ponownie, bo pewnie cały czas miałabym wrażenie, że odnosi się to bezpośrednio, a w kontekście interpretacyjnym wydaje mi się to trochę fantazmatyczne, ale pewnie będą osoby noszące z przyjemnością”

Aga Pou Wiosna/Lato 2014  / catwalkmagazine.pl

Osobiście nie jestem pewien, czy chcecie czytać to dalej. Istnieje szansa, że poczujecie się trochę, albo nawet bardzo, fantazmatyczne. Ale pewnie będą takie osoby. Mam nadzieję, że przyjemność też. 

Piszę, więc jestem

Drodzy państwo, jest temat! Piszemy o modzie! Wspaniałe jest takie hobby, albo nawet praca, co nie? Co tak! Na dodatek nobilitujące, bo przecież nie zajmujemy się zalewaniem Internetu tysiącem niemal identycznych zdjęć, niczym te szafiarki z piekła rodem, ale p-i-s-z-e-m-y! Narodzie – znaj różnicę. I szanuj! Pisanie jest takie mądre. A pisanie o modzie jest samą przyjemnością. Po pierwsze to są „tylko ubrania” – temat lekki i niezobowiązujący. A po drugie – niezależnie od okoliczności, nastrój jest nieustannie imprezowy – czy to pokaz, prezentacja, czy jakaś inna wariacja tych wydarzeń. Sam proces pisania? Raptem 10 minutek przy klawiaturze, z czego połowa zostaje przeznaczona na aktywności rozpięte między pudlem a facebookiem. I mam tekścik. Później to już tylko duma, chwała i obowiązkowe narzekanie na minusowe IQ szafiarek.

Wyssij mnie

Dlaczego nie czytam publikacji na temat łódzkiego Fashion Weeku? Powodów jest kilka, ale wszystkie opierają się na jednej filozofii minimalizowania stresu i niepotrzebnych nerwów. Mordowanie moich wniosków to już standard. Sam się o to proszę – udostępniam przecież dwie ogromne publikacje, które stają się prawdziwym eldorado dla każdego portalowego, lub blogowego twórcy, który cierpi na brak weny. Prosto-cepowaty fakt – swoje teksty i charakterystyczny sposób pisania znam najlepiej, więc najłatwiej jest mi wyśledzić wszelkie możliwe zapożyczenia. Co nie zmienia faktu, że nie tylko ja jestem w tej sytuacji „pokrzywdzony”.

A zresztą – pal licho pokrzywdzenie. Jeśli ktoś jest całkowicie pozbawiony dumy i ambicji – niech sobie zrzyna. Problem pojawia się jednak w sytuacji, w której wnioski jednego autora zostają zmieszane i skonfrontowane z laickim sposobem pisania, opartym głównie na ssaniu palca i myśleniu „to bym sobie założył, a tego bym sobie nie założył”. Przypadkowe kompilacje wytartych i przegadanych refleksji, silenie się na niezrozumiałe dowcipy, przekłamywanie rzeczywistości i wyrażanie cudzych osądów nie umiera jednak w szarych zakamarkach internetu. Pojawia się za to w nieoczekiwanych miejscach. Często promują je sami projektanci, dla których najważniejszym (a bywa, że jedynym) czynnikiem, jest pozytywny wydźwięk tekstu. Co z tego, że kolekcja autorstwa xzx, była stuprocentowo skórzana? Nawet jeśli tekst yxy opiewa koronki i żakardy, to projektant i tak go zamieści. W końcu yxy napisał, że mało zawału serca nie dostał, od nadmiaru piękna w tej kolekcji, a wymyślone koronki i wyimaginowane żakardy są godne światowych wybiegów. Właściwie to cała ta kolekcja, łącznie z osobą projektanta, jego kotem i bielizną, jest absolutnym „musthavem” najbliższej dekady. No i jak tu nie docenić takiego zaangażowania?

Jak nie laurka, to bzdurka. Ewentualnie kopie innych publikacji, albo kalki informacji prasowych, pod którymi „pseudo autorzy” bez żadnych oporów podpisują się własnymi nazwiskami. Dlatego dziękuję, nie czytam. Bezimienne, smutne teksty, wyprane z wszelkich pozytywnych aspektów – zaczynając od wiedzy, idąc przez doświadczenie czy intuicję, a kończąc na humorze, wprawiają mnie w stan przygnębienia. Pusto, smutno, wokół nie ma niczego poza niesmacznym beknięciem, które echem odbija się od internetowych ścian. Jednak tym razem złamałem regułę – moja nadaktywna czytelniczka, z zacięciem internetowego detektywa, podesłała mi wpis, który zamiast rąk, nóg i głowy, miał same lepkie macki. Dość powiedzieć, że był pisany jednocześnie przez kobietę i mężczyznę, a chwilami w liczbie mnogiej. Zaprzągłem więc Google do roboty, żeby sprawdzić, cóż takiego się dzieje w internetach chwilę po Fashion Weeku. Najpierw padł na mnie blady strach, potem żal, że zacząłem się wgłębiać w ten temat, aż w końcu pomyślałem, że to jednak bardzo interesujący materiał na tekst. Zapraszam więc do mojego wyjątkowo subiektywnego, niesprawiedliwego, złośliwego i komediowo-depresyjnego raportu. W wielkim skrócie – jakie informacje osoba niezorientowana w temacie polskiej mody, może znaleźć w internecie przy pomocy haseł związanych z FashionPhilosophy Fashion Week Poland.

Czytaj dalej

Fashion Week Polska Wiosna/Lato 2014 – Designer Avenue czyli „moda to nie bułka” k

24 Paźdź

Na początku napisałem tak: „dziś zamiast wstępu – brak wstępu. To jest ogromny wpis, przedstawiający wszystkie pokazy polskich projektantów, które miały miejsce na Designer Avenue podczas ostatniej edycji łódzkiego Tygodnia Mody. Nie ma najmniejszego sensu dokładać do niego jeszcze większej ilości literek, dlatego po prostu zapraszam do lektury.”

Ale później naszła mnie myśl. Dość podstępnie i nieoczekiwanie. Myśl brzmiała: „moda to nie bułka”. Zanim wyjaśnię ten wniosek, przedstawię wam okoliczności, w których się zrodził. Podczas pisania recenzji zastanawiałem się nad metodami oceniania mody. Nad jej postrzeganiem. Nad innymi publikacjami i reakcjami moich znajomych. Recenzując pokazy i kolekcje oceniamy często nie tylko same ubrania i wrażenia estetyczne, ale również czyjeś życie. Większość twórców, lepszych czy gorszych, wkłada w swoje dzieła cząstki siebie. Kawałki swojego życia, czasu, emocji. A później przychodzi taki moment, kiedy trzeba wystawić ocenę. Zweryfikować czyjś trud, zapał, wiedzę i inteligencję. Te proporcje nie są równe. Bo z jednej strony przygotowanie kolekcji zajmuje niewspółmiernie więcej czasu, niż ocenienie jej. Ale z drugiej? Uświadomiłem sobie ile kolekcji mam „już za sobą”. Z każdym tekstem, z każdą publikacją, z każdym sezonem zyskuję nowe doświadczenia, wiedzę, wyczucie i co najważniejsze – kontekst. Tworząc moje małe archiwum polskiej mody, mam coraz więcej odniesień do wcześniejszych dokonań projektantów, a co za tym idzie, mogę lepiej zrozumieć sens nowych kolekcji. I kiedy tak dumałem nad tą nową sytuacją, uświadomiłem sobie – „moda to nie bułka”. Zastanawiam się ciągle, jak w trzy sekundy po pokazie, można stwierdzić jakie coś było. Moje znienawidzone pytanie „jak ci się podobało?”. Nie wiem, nie pytaj mnie o to! Nie potrafię tego stwierdzić zaraz „po”. Bo moda nie jest bułką, której smak można ocenić już w trakcie przeżuwania. Zbyt wiele miałem sytuacji, w których wychodząc z pokazu rzuciłem na odczepnego jakąś opinię, a w tekście zawierałem inną. A potem słyszę – „przecież mówiłeś coś innego”. No cóż, jakie pytanie – taka odpowiedź.

Nie roszczę sobie prawa do monopolu na prawdę. Nikt go nie posiada. O jednym mogę jednak zapewnić – konstruując opinie, zawsze staram się wyjść „z samego siebie”. Stanąć obok. Przyjrzeć się okolicznościom. Powąchać całokształt. Przemyśleć czyjś punkt widzenia. Oczywiście nie zawsze się to udaje, jeszcze wiele lat nauki przede mną. Cóż poradzę – nikt mi tutaj nie dał gotowych rozwiązań. Nie miałem się od kogo uczyć, nie miałem kogo naśladować. To już drugi rok i czwarty sezon moich przekrojowych recenzji pokazów Łódzkiego Tygodnia Mody. I powiem dość nieskromnie, że jestem z siebie cholerne dumny. Chciałem tu podziękować wszystkim projektantom, których twórczość stała się podstawą mojej. Gdyby nie było Was, nie byłoby mnie. I nawet w najsroższych słowach, zawsze mam to w pamięci. Dzięki wielkie i szacuneczek (żeby nie było zbyt patetycznie)

Czytaj dalej

Fashion Week Polska Wiosna/Lato 2014- Latający OFF czyli babski kwiatek do kożucha

22 Paźdź

Od kiedy zostałem członkiem rady programowej OFFa, mój stosunek do tej konkretnej sceny polskiego Tygodnia Mody zmienił się diametralnie. Nic dziwnego – będąc jedną z osób odpowiedzialnych za selekcję programu, czyli wybór kolekcji, OFF stał mi się dużo bliższy, a co za tym idzie, moje podejście do niego zmieniło się na bardziej emocjonalne.

Czym jest OFF? Podejrzewam, że każdy ma jakąś teorię na ten temat. Niestety, według mnie ta scena jest ciągle pozbawiona konkretnej tożsamości. Dla jednych jest to platforma dla debiutantów, taka mała poczekalnia do Designer Avenue. Inni uważają OFFa za ostoję mody „dziwnej” i „niekomercyjnej”. Takie myśli generuje zresztą sama nazwa – Out of Schedule – „poza harmonogramem”. Czyli kolekcje, które nie zmieściły się głównym nurcie Alei Projektantów. Dla mnie wymarzony OFF to ubrania, które mogą wykraczać poza kontekst użyteczności, robiąc ukłon w kierunku wybujałej estetyki, konceptu, fantazji, mody polemicznej i intelektualnej. Taki schemat jest też najbliższy mojemu pojmowaniu mody. Co więcej, tylko takie kolekcje są w stanie wypromować polską modę na świecie. I nie mówię tu o promocji sprzedażowej, bo satynowe koszmary i tak znajdą uznanie w oczach ludzi wykastrowanych z gustu i świadomości. Chciałbym jednak, żeby Polska była również kojarzona z modą ambitną, kolekcjonerską. Tworzoną dla koneserów świetnego, przemyślanego wzornictwa. Dla trendsetterów, wielbicieli awangardy, którzy nie boją się wyjścia poza schemat codziennego, banalnego ubioru. O takiego OFFa naprawdę warto walczyć. I co najważniejsze, taka moda naprawdę powstaje w naszych mało przychylnych warunkach. Jednak bez odpowiedniej promocji zginie.

W tym roku OFF znów zmienił lokalizację. Tym razem trafił w gościnne progi Centrum Promocji Mody łódzkiego ASP. Świetna multimedialna sala, wypełniona po brzegi doskonałym oświetleniem i nowoczesnymi ekranami. A do tego krótki wybieg na podwyższeniu i wygodne trybuny na których zmieścili się wszyscy goście, a warto przypomnieć, że był to spory problem podczas poprzedniej edycji. Jedyny mankament to odległość od głównego miasteczka Fashion Weeku. I choć miejsce jest bardzo dobre, to nadal twierdzę, że OFFy kategorycznie powinny wrócić na główny teren łódzkiego Tygodnia Mody. Rzucanie nim po całym mieście w regularnych, półrocznych  odstępach działa niestety na jego szkodę. Prowokuje opinie, że nikt nie ma pomysłu co z tą sceną właściwie zrobić, gdzie ją wcisnąć. Czym ona ma być?  Ot taki modowy „kwiatek do kożucha” – nic dodać, nic ująć.

Czytaj dalej

Blo(ble)gowanie, bażanty i pierwsze rzędy, stylizacje i modne odmęty, czyli garść rozmaitych refleksji, które do niczego nie prowadzą.

1 Maj

pytajnik

Czasy mamy na tyle specyficzne, że dużo możemy i niewiele musimy. Niezależnie od tego czy nam się to podoba, czy nie – fakty nie kłamią. Oczywiście w pewnych sytuacjach nadal utrzymujemy constans. Kiedyś musieliśmy złożyć daninę królowi, dziś płacimy podatki państwu, dawniej trzeba było się pokłonić przed osobą wyżej urodzoną, dziś kłaniamy się naszemu szefowi. Jest jednak wiele aspektów, który znacząco się zmieniły, a wśród nich jeden szczególny, który dotyczy naszego wyglądu. Tu muszę wspomnieć,  że jedną z inspiracji dla tego wpisu stał się link, który wrzuciła na swój profil nieoceniona Modologia. Przypomniała mi ona nagranie z krótkiego wykładu wygłoszonego przez Valerie Steele, która jest znaną kuratorką i specjalistką w dziedzinie historii mody. Valerie naświetliła w nim znaczącą różnicę między tym co było kiedyś, a tym co jest teraz. Proporcje są bardzo nierówne, bo to co „jest teraz” ogranicza się właściwie do ostatnich 5-6 dekad. W ogromnym skrócie można to podsumować stwierdzeniem, że „kiedyś” wszystkie kwestie dotyczące naszego wyglądu były z góry ustalone. Każda osoba na każdym możliwym szczeblu drabiny społecznej poruszała się wewnątrz schematu, kodu ubioru, który pozwalał momentalnie odróżnić ją od innych. Wychodzenie poza ten kod było praktycznie niemożliwe. Osobny schemat funkcjonował dla dam dworu, a osobny dla medyków. Inaczej ubierali się studenci, a inaczej rzemieślnicy. Każdy doskonale wiedział co mu wolno, a wszelkie odstępstwa od przestrzegania tych reguł były karane wykluczeniem ze społeczności i innymi, dużo gorszymi reperkusjami. Z dużym zainteresowaniem wysłuchałem jeszcze raz tego wykładu i okazało się, że jest ostatnim elementem układanki-wpisu, który już od dłuższego czasu chodził mi po głowie.

Czytaj dalej

Fashion Week Poland FW 2013. Designer Avenue, czyli historia Olbrzyma na Glinianych Nogach

26 Kwi

Każdy tekst dotyczący pokazów na Łódzkim Fashion Weeku zaczynam od jakiejś historii. Dziś historii nie będzie. Opowiem wam za to o dźwiękach. Muszę się przyznać, że ostatnio słyszę głosy. Tak, wiem. Wyznanie wariata. Wyobraźcie sobie, że nadstawiam ucho w nieokreślonym kierunku i słyszę nieustannie szemrzący hałas. Cholernie męczący biały szum jak w telewizorze, który zgubił wszystkie kanały. Ludzie, którzy mnie otaczają i którzy generują ten szum również są biali. Niczym kartka papieru w zepsutej kserokopiarce. Każdy ma jednak jakieś „ale”, ale na tym „ale” wszystko się zaczyna i niestety kończy. Te zepsute kserokopiarki krztuszą się swoimi frustracjami, wypluwając puste strony o niczym. Być może to wina braku tonera. Jest też szansa, że zepsuł się cały mechanizm. Nieistotne. Prawda jest taka, że nic z tego nie wynika. Może poza jednym – od tego hałasu boli mnie głowa i nie mogę się skupić. Podejrzewam, że nie tylko ja. Zróbmy sobie przerwę od dywagacji na temat pierwszego rzędu, nieobecności dziennikarzy, stylizacji szafiarek, tego kto i na co zasługuje. Skupmy się na efekcie pracy projektantów. Żeby odciąć się od tego irytującego szumu zakładam słuchawki. I zapraszam was do lektury.

Dodam tylko, że ta publikacja do najmniejszych nie należy. Herbata, wygodny fotel i muzyka w tle nie są wymagane, ale zdecydowanie się przydadzą.

Tobiasz Kujawa

Czytaj dalej

Fashion Week Poland FW 2013. OFF na Salonach, czyli Pałacowe Opowieści

23 Kwi

Wiecie czego najbardziej się boję podczas łódzkiego Fashion Week-u? Na pewno nie marnych kolekcji i groteskowych stylizacji, do których (co jest odrobinę przerażające) można się przyzwyczaić . Nie boję się też zmęczenia wielogodzinnym dreptaniem z miejsca na miejsce lub przerażające kolejki do toalet, w których przychodzą do głowy straszne myśli o publicznej, fizjologicznej kompromitacji. Nie straszne mi są wieczorne imprezy i ciężka głowa o porankach. Moim najczarniejszym możliwym schematem jest zwykłe, banalne… Zgubienie notatnika. A nawet nie zgubienie, tylko wizja tego, że ktoś ten zeszycik znajdzie i zacznie się zagłębiać w moich notatkach. Dlaczego? Po pierwsze bazgrzę jak kura pazurem. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że długopis i kartka służą mi w życiu jedynie do spisania listy sprawunków podczas ekscytujących zakupów w lokalnej Biedronce. Z powodu brzydkiego charakteru pisma mam też sporą podstawówkową traumę, kiedy to szanowna, mocno znerwicowana pani nauczycielka wymachiwała moim zeszytem do polskiego, twierdząc, że w całym swoim życiu nie widziała takich bazgrołów. Cóż zrobić, kaligrafia nie jest moją mocną stroną i przyznam, że trochę się tego wstydzę. Kolejnym powodem do stresu jest treść tych zapisków. Używam tak przedziwnych skrótów, wyrywkowych haseł, onomatopei i określeń, których sens znam tylko ja, że jest to niemal kompromitujące. Serio! Tak więc pilnuję go jak oka w głowie, a następnym planuję przywiązać  go sobie do szyi, żeby ograniczyć niepotrzebne nerwy. Przeglądam teraz ten mój potok słów, znaczków i obrazków, które pomagają wydobyć z chaosu myśli konkretne wnioski. Czasami są to gęsto zapisane strony. Dotyczy to pokazów, które wywołują jakieś emocje, są bardzo dobre albo wyjątkowo złe. Bywa też tak, że na stronie zapisuję tylko kilka słów. Ta sytuacja dotyczy kolekcji nudnych i nijakich, które nie sprowokowały we mnie żadnych głębszych przemyśleń. Taki kajet to ważna sprawa. Jesteście ciekawi co w nim zapisałem? Zapraszam więc do lektury.

Jak co pół roku zastanawiałem się nad systemem recenzowania kolekcji na sezon jesień/zima 2013 i jak co pół roku decyzja jest taka sama. Klucz pozostaje niezmienny, dlatego zapraszam was do pierwszej części, dotyczącej pokazów na strefie OFF. Tym razem nietypowo, bo jako członek Rady Programowej będę dziś pisać o kolekcjach, które również wybierałem, a co za tym idzie, za które jestem w pewien sposób odpowiedzialny.

Oczywiście jak co edycję jest ogromny problem ze zdjęciami, dlatego traktujcie je proszę poglądowo.

Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: