Tag Archives: Filip Roth

Fashion Week Poland FW 2013. Designer Avenue, czyli historia Olbrzyma na Glinianych Nogach

26 Kwi

Każdy tekst dotyczący pokazów na Łódzkim Fashion Weeku zaczynam od jakiejś historii. Dziś historii nie będzie. Opowiem wam za to o dźwiękach. Muszę się przyznać, że ostatnio słyszę głosy. Tak, wiem. Wyznanie wariata. Wyobraźcie sobie, że nadstawiam ucho w nieokreślonym kierunku i słyszę nieustannie szemrzący hałas. Cholernie męczący biały szum jak w telewizorze, który zgubił wszystkie kanały. Ludzie, którzy mnie otaczają i którzy generują ten szum również są biali. Niczym kartka papieru w zepsutej kserokopiarce. Każdy ma jednak jakieś „ale”, ale na tym „ale” wszystko się zaczyna i niestety kończy. Te zepsute kserokopiarki krztuszą się swoimi frustracjami, wypluwając puste strony o niczym. Być może to wina braku tonera. Jest też szansa, że zepsuł się cały mechanizm. Nieistotne. Prawda jest taka, że nic z tego nie wynika. Może poza jednym – od tego hałasu boli mnie głowa i nie mogę się skupić. Podejrzewam, że nie tylko ja. Zróbmy sobie przerwę od dywagacji na temat pierwszego rzędu, nieobecności dziennikarzy, stylizacji szafiarek, tego kto i na co zasługuje. Skupmy się na efekcie pracy projektantów. Żeby odciąć się od tego irytującego szumu zakładam słuchawki. I zapraszam was do lektury.

Dodam tylko, że ta publikacja do najmniejszych nie należy. Herbata, wygodny fotel i muzyka w tle nie są wymagane, ale zdecydowanie się przydadzą.

Tobiasz Kujawa

Czytaj dalej

Open’er 2012 czyli alternatywna fotorelacja pod tytułem “zagubiony na Fashion Stage”

9 Lip

Zacznę od wyznania – nie jestem typem festiwalowego maniaka. Nie lubię brodzić w błocie, które pachnie jakby je właśnie nawożono przed zasianiem zboża jakimś wyjątkowo biologicznym odpadem. Nie lubię sytuacji, kiedy nie mam dostępu do normalnej łazienki i muszę wycierać ręce papierowymi ręcznikami, które pachną równie ładnie jak to błoto w którym trzeba brodzić. Nie radzę sobie w chaotycznym tłumie ludzi odbijających się ode mnie niczym piłeczki w maszynie totlotka, przez co inni mają siniaki na wysokości żeber (bo mam kościste łokcie). Listę takich skarg i zażaleń, czyli nudnego smęcenia mógłbym ciągnąć bardzo długo, jednak tego nie zrobię, bo nie ma sensu bardziej się kompromitować w tak zmanierowany sposób. Są jednak dwie rzeczy, które po prostu uwielbiam. Jest to oczywiście Moda a w drugiej kolejności Muzyka. Dlatego, mimo mojego aspołecznego podejścia i szczerej nienawiści do błota, od czasu do czasu na Open’era jeżdżę. W tym roku okoliczności były jednak zupełnie inne niż zazwyczaj. Wszystko zaczęło się od tego, że moją przyjaciółkę, znaną jako Sophie Kula, zaproszono do strefy „Fashion Stage” z jej najnowszą kolekcją „Global Warm”. Sophie poprosiła mnie o pomoc przy pokazach a ja się zgodziłem. W ten sposób zamiast standardowych dla mnie dwóch dni spędziłem na festiwalu c-a-ł-y tydzień. Było dużo przygód, trochę nerwowych sytuacji i kilka miłych momentów. Konwencja jest taka sama jak ostatnio. Estetyce zdjęć mówimy „do widzenia”. Żadnych filtrów, żadnych Instagramów. Mało pozowania. Bez wygibasów stylistycznych i wysokiego tonu. Zamiast tego mięso, naturalny blur zdjęć robionych z „przyczajki” i dużo skradzionych momentów. Zapraszam do oglądania!

Czytaj dalej

%d blogerów lubi to: