Tag Archives: Pokaz

Mariusz Przybylski Jesień/Zima 2016 „Fire Walk With Me” czyli Déjà vu 2.0

25 List

 

Mariusz Przybylski Jesień/Zima 2016 Fire Walk With Me / Foto: Filip Okopny

Mariusz Przybylski Jesień/Zima 2016 Fire Walk With Me / Foto: Filip Okopny

Dziś zacznę od rewelacji – w końcu na polskim pokazie, co prawda mającym miejsce niemal na prowincji, bo w dalekim, posępnym i bezpłciowym Studio ATM, pojawiła się prawdziwa gwiazda! I to naprawdę było odświeżające zdarzenie. Kasia Figura, bo o niej mowa, siedziała tak blisko mnie, że z trudem powstrzymywałem się przed namacalnym sprawdzeniem czy to na pewno ona, a nie jakaś projekcja astralna czy atrapa. Całe szczęście nie musiałem, wyręczyli mnie fotoreporterzy, których roziskrzone aparaty, wycelowane prosto w aktorkę, spowodowały u mnie chwilową ślepotę. Kasia błyszczała zarówno światłem odbitym, jak i wewnętrznym, a ja pierwszy raz od dawna miałem wrażenie, że ponadgodzinne oczekiwanie na pokaz ma jakiś sens. W końcu obok siedziała gwiazda.

Czytaj dalej

La Mania Wiosna/Lato 2015 czyli „Jakby Luksusowo”

21 Gru

86_web_LaManiaSS15_171214_FilipOkopny

Zaczęło się od zaskoczenia znalezionego w skrzynce mailowej. W wielkim skrócie wyglądało ono tak: „Dzień Dobry Panie Tobiaszu, tiruriru pokaz La Manii tiruriru, zaproszenie tiruriru, a może adres korespondencyjny tiru? Riru?”. Zaraz zaraz. Wróćmy do podstaw. Zaproszenie na pokaz La Manii? Wysłane do mnie? Po cyklu Project Runway Bez Majtek? Całkiem zabawne. Co by nie powiedzieć – ironiczne. Nazywajmy rzeczy po imieniu – w publikacjach podsumowujących odcinki pierwszej polskiej edycji programu Project Runway pozwoliłem sobie na kilka komentarzy, po których ostatnią rzeczą jakiej mogłem się spodziewać, było właśnie zaproszenie na pokaz domu mody należącego do Joanny Przetakiewicz. Najwyraźniej ostatni kwartał roku 2014 niesie same zaskoczenia, łącząc niemożliwe z możliwym – ogień krzepnie, blask ciemnieje, zwierzęta będą mówić ludzkim głosem, szafiarki piszą książki o treści, którą można podsumować jako jedno wielkie „mystery”, a ja pójdę na pokaz La Manii. I poszedłem. Co więcej – wróciłem, a teraz opowiem wam o tym, co widziałem.

Czytaj dalej

Mariusz Przybylski Wiosna/Lato 2015 „WILD at HEART” – Kunsztowne Déjà vu

15 Gru

102_web_MariuszPrzybylskiSS15_111214_FilipOkopny
To bardzo ciekawy przypadek, bo opisując najnowszy pokaz Mariusza Przybylskiego „WILD at HEART”, mógłbym ze spokojnym sumieniem przekopiować spory fragment tekstu, czerpiąc go prosto z recenzji sezonu Jesień/Zima 2014, zatytułowanego „Night Air”.
Podobieństw jest wiele. Choćby miejsce, to samo co pół roku temu – przestronna surowa hala przy ulicy Domaniewskiej (który to już raz?). Scenografia? Znów biała przestrzeń, z tą tylko różnicą, że pofałdowana biała ściana została zamieniona na delikatne, dyskretnie powiewające przesłony z białego (a jak!) materiału. Widownia? Wybieg znów stał się sceną, bo trybuny ponownie ustawiono równolegle, niczym w teatrze. A sama kolekcja? Dokładnie tak samo jak sezon temu, została podzielona na dwa bloki kolorystyczne. Pierwszy segment dosłownie kipi od koloru, a drugi został oparty na czerni, którą urozmaicają bogate zdobienia. Nic innego jak modne Déjà vu. Ale nie takie natrętne czy nieznośne. Wręcz przeciwnie – przypominające raczej rzadki przypadek, kiedy sequel dobrego filmu jest jeszcze ciekawszy od pierwszej części. W głowie pojawia się myśl – tak, skądś to już znam, ale co z tego? Jest pięknie! Kiedy kolejna część?

Czytaj dalej

Bohoboco Wiosna/Lato 2015 czyli geometria, kynologia i moda

24 List

IMG_8347

Pięć lat minęło… I to nie wiadomo kiedy! Ostatni pokaz marki Bohoboco, specjalny, bo podsumowujący pięciolecie jej istnienia na polskim rynku, zmusił mnie do przemyśleń nad zbyt szybko upływającym czasem.  Przypomniało mi się również, że przecież rok rokowi nierówny – podobno wiek jednych stworzeń można przeliczać na ludzkie lata. Na przykład psie. Są nawet do tego celu stworzone specjalne tabelki. Zaglądam więc do takiego cuda i widzę, że pięć lat psiej egzystencji, w przeliczeniu na człowieczy los, zawiera się w przedziale od 40 do 48 wiosenek. W zależności od rozmiaru zwierzęcia, a tu reguła jest bezwzględna – im większy pupil, tym krócej żyje. Ot, psi los. I nie piszę tego, ponieważ jeden z projektantów i współtwórców marki Bohoboco ma na nazwisko Owczarek. Zastanawiam się raczej, jak wyglądałby przelicznik życia zawodowego (zwanego także „karierą”) polskiego projektanta mody w kontraście do zagranicznego. Pomyślmy – okoliczności nie są zbyt sprzyjające. Co chwila wyłaniają się nowe nazwiska, marki, projekty. Co sezon znajdujemy jakieś niesamowite odkrycia „polskiego” wzornictwa. Pojawiają się i znikają. Można powiedzieć, że jak gwiazdy, ale to zdecydowanie zbyt liryczne porównanie. Tak, jeśli potraficie czytać między wierszami, to na pewno czujecie sporą dozę rezygnacji w moich słowach. Ale jak tu nie czuć rezygnacji, jeśli z arcynudnej kolekcji top modelki robi się nieziemską hecę? Taka doskonała okazja – cały świat szaleje na punkcie rozmaitych współprac, a u nas na wybiegu… Wyciągnięte swetry i postrzępione koszule. Jak traktować branżę poważnie, jeśli w ciągu kilku dni Michał Zaczyński najpierw obwieszcza wejście na polską scenę mody Mercedesa i agencji IMG, którzy stoją za sukcesem wielu międzynarodowych wydarzeń, tylko po to, żeby kilka dni później odkręcać sprawę? Jak pisać ciekawie i porywająco o polskiej modzie, jeśli większość lokalnych kolekcji dzieli się na trzy nurty – nudnej konfekcji, odtwórczej mody ulicznej i miejskiej, a na koniec źle pojętej awangardy? Jak się zachwycać pokazem, jeśli projektanci w ferworze oznaczania swoich sponsorów i partnerów zapominają o zamieszczeniu swojej własnej marki?

10808360_10204262001863602_347697996_n
Czy kogoś to jednak dziwi? Porządna kolekcja wizerunkowa jest w naszym kraju pięknym samobójstwem. Trzeba w nią włożyć spore pieniądze, tylko po to, żeby ubrać później kilka gwiazdek i zadowolić garstkę stylistów. Tym bardziej, że narodowość mody nie ma już żadnego znaczenia. Podziękujcie za to globalnej wiosce! Jedyne co się teraz liczy, to narodowość klienta i waluta, która obraca się w jego portfelu. I tu dochodzimy do clou sprawy – gdzie w tym wszystkim jest klient? Ano klient stoi w kolejce po koszulkę albo sukienunię à la Jastrzębska. Bo nie jest kolekcjonerem ubrań. A już na pewno nie lokalnym tekstylnym patriotą. I dobrze, bo moda to nie twaróg, tu nie sprawdzi się hasło „Dobre, bo Polskie”. Ten byt rządzi się trendem, chwilą, sezonem, nieustanną potrzebą zmian i gonienia niedoścignionego. A w Polsce goni się głównie panią od marketingu, żeby znalazła kilka zer w budżecie na promocję. Modne uniesienia? Wolne żarty.

Czytaj dalej

Ania Kuczyńska Jesień/Zima 2014 – „Lava” czyli Kuczyńska i… Kossak!

27 Paźdź

10405283_972633052752401_4078728766126257948_n

Hotel Bristol to prawdziwie magiczne miejsce. Zawsze kiedy jestem w jego pobliżu, przypomina mi się jedna z moich ulubionych biografii: Maria i Magdalena, autorstwa Magdaleny Samozwaniec, wywodzącej się z rodu wspaniałych artystów – Kossaków. Książka jest iście przecudowna i polecam ją dosłownie każdemu. Opowiada o dzieciństwie i wejściu w dorosłość dwóch szalenie ciekawych kobiet: dowcipnej, niemal rubasznej Madzi – czyli wyżej wspomnianej Magdaleny Samozwaniec i jej starszej siostry, poetyckiej do szpiku kości Lilki (zwanej również Szczurkiem) – Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Historia ujęta w dwóch tomach przedstawia świat krakowskiej bohemy artystycznej na początku XX wieku i na styku czterech planów społecznych: mieszczańskiego, arystokratycznego, ziemiańskiego i najważniejszego, czyli artystowskiego, toczy się życie dorastających panien, którym tradycyjnie zastana rzeczywistość i jej obyczajowość nie zawsze przypada do gustu. Towarzyszy im powoli odchodzący świat debiutanckich balów, konwenansów, pozorów, ekscentrycznych guwernantek, rękawiczek pachnących benzyną i strojów kąpielowych w których łatwiej się tonęło niż pływało, jeszcze skandalicznych rozwodów, pierwszych ćwiczeń i sportów, zdradliwej gimnastyki korekcyjnej przypominającej tortury, wanien sprowadzanych z Londynu, które niosąc rewolucję w higienie, punktowały również rewolucje mające miejsce w społeczeństwie. A z zachodu nieustannie płynęły nowe trendy, drażniące zmysły i rozpalające fantazję tych eleganckich kobiet, które ponad wszystko ceniły piękno, miłość i kreatywność.

Czytaj dalej

Vistula Jesień/Zima 2014 czyli Plażowy Garnitur

11 Wrz
Pokaz Vistula Jesień/Zima 2014 / Zdjęcie: Bartosz Mrozowski

Pokaz Vistula Jesień/Zima 2014 / Zdjęcie: Bartosz Mrozowski

Plaża przy warszawskim Moście Księcia Józefa Poniatowskiego nabrała przez ostatnie miesiące wielu kolorów. Nad urodą tych kolorów można by się długo i namiętnie (wszak w okolicy nie brakuje krzaków, oraz innych wykwitów przyrody, zapewniających substytut prywatności) zastanawiać. Piaszczysty i prawy brzeg Wisły wybuchł, dosłownie, orgią imprez, zaczarował również opinię publiczną za sprawą pewnej szalenie drogiej toalety z modrzewia syberyjskiego, zdenerwował okolicznych i nieokolicznych mieszkańców muzyką (zwaną przez niektórych „łomotem”), która bez najmniejszych oporów niesie się nocami po leniwym nurcie rzeki, zaopatrzył wielu wielbicieli recyclingu w szkło i aluminium, a na koniec spełnił ważną funkcję społeczną, niemal ekumeniczną, łącząc w jednym miejscu rozmaite grupy warszawiaków – czasem charakterną, a czasem kreatywną Pragę, wylansowaną i wypieszczoną Saską Kępę, Śródmiejską alternatywę, również tę z przedrostkiem „pseudo” i przedstawicieli kilku innych, równie ciekawych dzielnic. Do tego koktajlu atrakcji dołączyła teraz kolejna. Na łono nadwiślańskich okoliczności trafił wielki, choć między Bogiem a prawdą z tą wielkością zawsze można polemizować, świat. A to za sprawą pokazu Vistuli na sezon Jesień/Zima 2014. Wisła, Vistula, ciąg skojarzeń może i banalny, ale prawdziwy i całe szczęście mało natrętny.

Czytaj dalej

Łukasz Jemioł Premium Jesień/Zima 2014 – Lekko i Przyjemnie

27 Czer
Łukasz Jemioł Premium Jesień/Zima 2014 Foto: Filip Okopny

Łukasz Jemioł Premium Jesień/Zima 2014 Foto: Filip Okopny

Kwestia wyścigu – gonitwa w poszukiwaniu nowych przestrzeni zdatnych do prezentacji kolekcji trwa już od dawna. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy Warszawa sprzedała już wszystkie swoje walory, sekrety i sztuczki, ale faktem jest, że w ciągu kilku ostatnich lat projektanci i marki skrupulatnie wyeksploatowali miejsca, które są w stanie pomieścić zadatek wybiegu i kilka rzędów krzeseł, puf czy innych taboretów – zaczynając od kameralnych restauracji, przez galerie, teatry, pałace (również te zrujnowane), parki (również pałacowe), muzea ogrody, zdewastowane kamienice i pofabryczne hale, baseny, stacje metra, lotnisko, szczyty wieżowców, elektrownię aż po kościół, lobby biurowców, ulice i witryny sklepowe… Nie jest to na pewno pełna lista, można by ją uzupełniać jeszcze długo i (niestety) mało namiętnie, ale w tym przypadku nie ma to najmniejszego sensu. Ważne jest to, że te cuda wianki mają nas zbliżyć do olśniewających spektakli, którymi szczycą się wielkie stolice mody. Projektanci prześcigają się więc w wynajdywaniu nowych, oryginalnych lokacji. Właśnie takim miejscem dla Łukasza Jemioła stała się ogromna, soczyście zielona i bezkresna przestrzeń toru warszawskich wyścigów konnych na Służewcu. Nieco zakurzona, mocna pachnąca przeszłością (lepszą i gorszą), ale z drugiej strony praktycznie dziewicza, bo jeśli dobrze sięgam pamięcią, to do tej pory zorganizowano tam zaledwie jeden pokaz – marki Hugo Boss.

Czytaj dalej

%d bloggers like this: